logo

logo uswps nazwa 3

Coraz więcej praktyk życia codziennego realizujemy za pośrednictwem globalnych serwisów internetowych. Nie mamy nad nimi pełnej kontroli – tę sprawują międzynarodowe korporacje, ale nie tylko one. Tworzone na użytek serwisów sieciowych algorytmy zyskują przynajmniej częściową autonomię. O niepodległości cyfrowej w kontekście suwerenności opowie medioznawca dr hab. Mirosław Filiciak, prof. Uniwersytetu SWPS.

Podczas wykładu zajmiemy się tym, co oznaczają niepodległość i suwerenność w epoce oligopolu platform sieciowych. Wbrew pozorom nie są to problemy, które powinniśmy zostawić informatykom. Dlatego zastanowimy się, jak zmieniła się sytuacja państw, ale też nas jako autonomicznych jednostek – jakie prawa mamy jako obywatelki i obywatele sieci? Wreszcie, jak w kontekście modeli biznesowych opartych na danych generowanych przez użytkowników moglibyśmy uczynić tę sytuację bardziej sprawiedliwą niż obecnie?

 

258 miroslaw filiciak

Prelegent

dr hab. Mirosław Filiciak, prof. Uniwersytetu SWPS – medioznawca. Zajmuje się wpływem mediów cyfrowych na uczestnictwo w kulturze. Bada internet, gry komputerowe, przemiany telewizji oraz nieformalny obieg treści i kulturę współczesną. Od lat współpracuje z publicznymi instytucjami kultury, organizacjami pozarządowymi i biznesem. Jest współtwórcą techno-kulturowego projektu Kultura 2.0, współtworzył też pierwszy polski Medialab – inicjatywę samokształceniową z pogranicza aktywizmu społecznego, sztuki i technologii. Kierował licznymi projektami badawczymi, takimi jak „Młodzi i media” , „Tajni kulturalni” czy „Obiegi kultury”. Autor książek: „Wirtualny plac zabaw. Gry sieciowe i przemiany kultury współczesnej” (2006), „Media, wersja beta” (2014) oraz wspólnie z Alkiem Tarkowskim „Dwa zero. Alfabet nowej kultury i inne teksty” (2015). Zastępca redaktora naczelnego kwartalnika „Kultura Popularna”.

Jesteśmy przyzwyczajeni do stwierdzenia, że żyjemy w epoce informacji. Pytanie, czy wobec nadmiaru treści i kanałów ich rozpowszechniania, ta teza wciąż jest prawdziwa. Znaczenie ma bowiem już nie tyle sama informacja, co sposób jej filtrowania. A tym zajmują się coraz częściej niewidoczne algorytmy. O erze informacji i władzy, która należy do algorytmów opowie medioznawca dr hab. Mirosław Filiciak, prof. Uniwersytetu SWPS.

Siła informacji

Rola informacji w kształtowaniu procesów społecznych jest ogromna – to truizm. Już pół wieku temu w dyskusjach o zmianie społecznej zwracano uwagę, że bez przekształceń mediasfery trudno będzie o prawdziwie inkluzywną przestrzeń publiczną. „Władza nie jest już mierzona ziemią, pracą, czy kapitałem, ale dostępem do informacji i środków jej rozpowszechniania” – pisali hipisi z północnoamerykańskiego kolektywu Raindance, jednego z prekursorów działań na rzecz rozwoju mediów taktycznych. To podejście przyczyniło się w Ameryce i Europie Zachodniej do rozwoju zinów, niezależnych rozgłośni radiowych i „pirackich” telewizji. W Polsce w tym samym czasie na ogromną skalę funkcjonował wydawniczy drugi obieg.

User generated data

W dobie internetu możliwość rozpowszechniania własnych treści jest banalnie prosta. Ale to nie one są dziś najcenniejsze. Choć najgłośniejszym internetowym hasłem pierwszej dekady XXI wieku było „Web 2.0”, a więc paradygmat oparty na zachęcaniu użytkowników do publikacji własnych treści na udostępnianych platformach, model biznesowy najpotężniejszych firm sieci w ostatnich latach uległ zmianie. Źródłem wartości jest już nie „user generated content”, a „user generated data” – wszelkie dane, które generujemy, nie tylko autorskie wpisy czy nagrania. Dane tworzymy często bezwiednie, a pracę na nich wykonują algorytmy firm takich jak Facebook czy Google, budując profile, predykcje, poszukując anomalii. Na tej bazie podsuwają nam reklamy, zgodnie z logiką „więcej tego samego” – bo skoro podoba nam się np. jakiś produkt, jest bardzo możliwe, że spodoba się także inny, znacząco podobny. Problem w tym, że algorytmy wywierają wpływ nie tylko na to, jak kupujemy buty. W identyczny sposób filtrowane są także informacje, w tym te dotyczące polityki.

Algorytmy rządzą światem

Jak pokazało niedawno śledztwo prowadzone przez redakcję gazety „The Guardian”, algorytmy sterujące podpowiedziami w serwisie YouTube, mogły mieć wpływ na wynik amerykańskich wyborów prezydenckich (prowadzono podobne analizy dotyczące choćby Facebooka). W oparciu o zgromadzone dane optymalizowały listę sugerowanych wyświetleń tak, aby użytkownicy pozostawali w serwisie możliwie najdłużej. Przekładało się to jednak na pokazywanie ludziom zainteresowanym filmami o kandydatach produkcji opartych o teorie spiskowe i sensacyjne pomówienia. W Polsce również użytkownicy mogli obserwować, jak zawęża się horyzont poznawczy serwisów społecznościowych, jak radykalizują się poglądy, jak osoby o odmiennej perspektywie i poglądach znikają z medialnego „feedu” utwierdzając nas w przekonaniu, że wszyscy myślą podobnie, więc bez wątpienia mamy rację. Konsekwencje są oczywiste. Nie przypadkiem jednym z najpopularniejszych słów w pewnym momencie były „fake news” i „postprawda”. Tradycyjne redakcje wydają się być wobec tego zjawiska bezradne.

Oczywiście kryzys demokracji nie wynika tylko z logiki social media, a wszystkie wzmiankowane tu zjawiska nie wzięły się znikąd. Francuski socjolog Alain Desrosières już ćwierć wieku temu w książce „Polityka wielkich liczb” pokazał historyczne tło stojących za algorytmizacją procesów, począwszy od rozwoju rachunku prawdopodobieństwa 400 lat temu. Same algorytmy – jako zestandaryzowane sposoby rozwiązywania zadań – są jeszcze starsze, opisał je perski matematyk Al-Chuwarizmi już w pierwszej połowie IX wieku. Nigdy wcześniej nie miały jednak tak potężnej władzy i bieżącego wpływu na naszą codzienną dietę informacyjną, bo też nigdy tak wiele procesów życia codziennego nie podlegało automatyzacji. Co więcej, w dużej mierze jesteśmy wobec nich bezbronni, inaczej niż w wypadku innych interfejsów dostępu do treści, jak choćby obrazów. To, że zdjęcia mogą być narzędziem manipulacji, że ich kompozycja i kadrowanie mają znaczenie, wiemy wszyscy, wdrażamy się w to myślenie od dziecka. Równocześnie w potocznym myśleniu „dane” i mechanizmy ich filtrowania są obiektywne – choć przecież w ich wypadku ktoś także dokonał serii znaczących wyborów.

Ta nowa sytuacja to wyzwanie dla badaczek i badaczy, ale też – nas wszystkich. Działanie podporządkowanych logice rynkowej algorytmów nie pozostaje bez wpływu na proces polityczny, obniżenie poziomu debaty publicznej i zalewającą nas falę populizmu. Żeby jednak wydostać się z medialnych „baniek” i dostrzec problem, trzeba powiedzieć wprost: skończyła się era informacji, witamy w epoce algorytmów.

 

258 miroslaw filiciak

O autorze

dr hab. Mirosław Filiciak, prof. Uniwersytetu SWPS – medioznawca. Zajmuje się wpływem mediów cyfrowych na uczestnictwo w kulturze. Bada internet, gry komputerowe, przemiany telewizji oraz nieformalny obieg treści i kulturę współczesną. Od lat współpracuje z publicznymi instytucjami kultury, organizacjami pozarządowymi i biznesem. Jest współtwórcą techno-kulturowego projektu Kultura 2.0, współtworzył też pierwszy polski Medialab – inicjatywę samokształceniową z pogranicza aktywizmu społecznego, sztuki i technologii. Kierował licznymi projektami badawczymi, takimi jak „Młodzi i media” , „Tajni kulturalni” czy „Obiegi kultury”. Autor książek: „Wirtualny plac zabaw. Gry sieciowe i przemiany kultury współczesnej” (2006), „Media, wersja beta” (2014) oraz wspólnie z Alkiem Tarkowskim „Dwa zero. Alfabet nowej kultury i inne teksty” (2015). Zastępca redaktora naczelnego kwartalnika „Kultura Popularna”.

Światowe media obiegła ostatnio wieść, że rząd szwedzki zamierza przygotować obywateli na wypadek wybuchu wojny. CNN, The Guardian czy New York Times podają, że specjalna broszura informacyjna ma trafić do 4,8 mln gospodarstw domowych i stanowi odpowiedź na m.in. napiętą sytuację w regionie bałtyckim i działania Rosji. Doniesienia odwołują się do takich haseł jak „zimna wojna”, „neutralność Szwecji” i okraszają całość najciekawszymi cytatami z broszury, np: „Gdy Szwecję zaatakuje inne państwo, nigdy się nie poddamy. Jakiekolwiek informacje o zaniechaniu oporu są fałszywe.”

Om kris och krig kiedyś i dziś

Wiosną ubiegłego roku rząd szwedzki zlecił MSB (szwedzki urząd ds. obrony cywilnej) przygotowanie broszury zawierającej informacje pomocne na wypadek wystąpienia sytuacji kryzysowych spowodowanych przez np. klęski żywiołowe, ataki terrorystyczne, cyberataki czy wręcz działania wojenne. Co podkreślają zarówno zagraniczne, jak i szwedzkie media, podobnego rodzaju materiały były regularnie dystrybuowane wśród ludności w latach 1943-1961, czyli w okresie II wojny światowej i zimnej wojny. Wprawdzie wydawano je aż do lat 80., lecz w ostatnich latach przekazywano je jedynie podmiotom lokalnym odpowiedzialnym za zwalczanie sytuacji kryzysowych. W zestawieniu z faktem, że Szwecja od ponad dwustu lat nie była zaangażowana w konflikty zbrojne na własnym terenie, ponowne wydanie takiej broszury powszechnie kojarzonej z zagrożeniami zimnej wojny, wywołało za granicą niemałą sensację. Dodatkowo zwraca się uwagę na to, że w Szwecji, po siedmiu latach przerwy, przywrócono obowiązek służby wojskowej, a idea szwedzkiego członkostwa w NATO zyskuje poparcie w społeczeństwie, choć na razie większość parlamentarna jest jej przeciwna.

Tak dużego zainteresowania zagranicznych mediów Szwecja zupełnie się nie spodziewała, choć broszura swoim tytułem „Om kris och krig kommer" (pol. gdy nadejdą kryzys i wojna) i formą rzeczywiście nawiązuje do wyżej wspomnianych publikacji zimnowojennych. Oryginalna publikacja z 1961 roku, zatytułowana jak wyżej wspomniana broszura, informuje o realnej groźbie wybuchu konfliktu zbrojnego. Podaje szczegółowe instrukcje dotyczące ewakuacji, zabezpieczenia mieszkania i przygotowania zapasów, zachowania na wypadek alarmów bombowych i zagrożenia promieniowaniem radioaktywnym oraz konieczności stawienia się we właściwych punktach na wezwanie armii czy obrony cywilnej. Znajduje się tu również pierwowzór tak chętnie cytowanego obecnie przez zagraniczne media apelu do ludności: „Szwecja chce się bronić, potrafi się bronić i będzie się bronić! Opór należy stawiać nieustannie i w każdej sytuacji. Wszystko zależy od Ciebie – od Twojego zaangażowania, Twojej determinacji, Twojej woli, by przeżyć. Nigdy się nie poddamy! Wszelkie informacje o zaniechaniu oporu są fałszywe”.

„Szwecja chce się bronić, potrafi się bronić i będzie się bronić! Opór należy stawiać nieustannie i w każdej sytuacji. Wszystko zależy od Ciebie – od Twojego zaangażowania, Twojej determinacji, Twojej woli, by przeżyć. Nigdy się nie poddamy! Wszelkie informacje o zaniechaniu oporu są fałszywe”

Po pierwsze – być czujnym

Jako powód ponownego wydania broszury w 2018 roku dyrektor MSB Dan Eliasson podaje nowe zagrożenia, na jakie wystawione jest nowoczesne społeczeństwo, związane z powszechną cyfryzacją, globalizacją i zmianami klimatu. Dlatego też na pierwszych stronach publikacji znajdują się ogólne instrukcje postępowania w sytuacjach kryzysowych i podczas ataków terrorystycznych oraz spis artykułów pierwszej potrzeby, które warto mieć w domu na wypadek np. klęski żywiołowej. Jednak dalej rzeczywiście mowa jest o systemach ostrzegania, alarmach przeciwlotniczych, schronach, a na liście możliwych zagrożeń, takich jak cyberataki na instytucje, sabotaż infrastruktury, terroryzm, próby wywierania nacisków na władze i obywateli Szwecji oraz braki w zaopatrzeniu, wprawdzie na ostatnim miejscu, ale jednak, wymienia się atak zbrojny. W dodatku szata graficzna broszury utrzymana jest w podobnej stylistyce jak ta wcześniejsza.

Istnieje jeszcze jeden element łączący obie broszury, choć przesłanki w każdym przypadku są nieco inne. W publikacji z 1961 roku, w rozdziale pt. „Duch oporu”, mowa jest o wojnie psychologicznej prowadzonej przez wroga poprzez propagandę w mediach. W tym miejscu powtarza się cytowany wcześniej apel: „Lecz pamiętaj: Wszelkie informacje o zaniechaniu oporu są fałszywe. Opór należy stawiać nieustannie i w każdej sytuacji.” Obywateli przestrzega się przed fałszywymi gazetami, ulotkami czy komunikatami radiowymi, a także zaleca kontrolowanie informacji i ich krytyczną ocenę. Broszura wzywa także do szczególnej ostrożności w stosunku do ewentualnych szpiegów, przypominając hasło z czasów II wojny światowej „Szwed milczy”.

Również broszura z 2018 roku zaleca ostrożność w stosunku do mediów. Wprawdzie nie mówi się tu o szpiegostwie, jednak autorzy zwracają uwagę na możliwość rozsiewania fałszywych informacji przez państwa czy organizacje, które mają na celu złamanie ducha oporu i woli walki. Zalecenia są zbieżne z założeniami współczesnej walki z tzw. fake newsami, które, jak się okazuje, mogą stać się narzędziem politycznym w dzisiejszym świecie. Broszura zaleca zatem odróżnianie faktów od opinii, kontrolę źródła, autora i wiarygodności publikacji, a także sprawdzenie jej aktualności i celu – np. dlaczego dana informacja pojawia się właśnie teraz. Tu jednak znowu autorzy niemal kopiują hasło z broszury z 1961 roku: „Nie wierz fałszywym informacjom – korzystaj z wielu wiarygodnych źródeł, żeby potwierdzić informacje. Nie rozpowszechniaj fałszywych informacji. Jeśli informacja nie wydaje się wiarygodna, nie przekazuj jej dalej.”

Wydana właśnie przez MSB broszura przypomina więc w wielu aspektach te publikowane w okresie zimnej wojny. To, a także liczne napięcia w obecnej sytuacji międzynarodowej, mogło się przyczynić do tak dużego zainteresowania mediów zagranicznych tą publikacją i komentarzy utrzymanych w nieco sensacyjnym tonie. Jednak w Szwecji, jak to w Szwecji, nieczęsto coś odbywa się spontanicznie, zwłaszcza jeśli chodzi o działania władz. Broszura jest efektem co najmniej kilkuletniego procesu, w którym to na zlecenie parlamentarnej komisji obrony zbadano, w jaki sposób podmioty lokalne, odpowiedzialne za obronę cywilną, informują społeczeństwo o możliwych zagrożeniach. W raporcie komisji opublikowanym w sesji parlamentarnej 2015/2016 przedstawia się wyniki tych badań, wskazuje na potrzebę intensywnej edukacji obywateli w zakresie bezpieczeństwa, zwłaszcza w obliczu nowych zagrożeń, a także zaznacza konieczność przypominania o osobistej odpowiedzialności jednostki za bezpieczeństwo własne oraz swoich najbliższych, co w kraju, który przyzwyczaił swoich obywateli do państwowej opieki od kołyski aż po grób, ma niebagatelne znaczenie.

 

Rosinska Paulina

O autorce

mgr Paulina Rosińska – filolog szwedzki, literaturoznawca, tłumaczka literatury pięknej. Zajmuje się literaturą szwedzką. Interesują ją kultura Szwecji: zwyczaje i obyczaje, mentalność mieszkańców. Bada także, w jaki sposób Szwecja kreuje swój wizerunek i jak jest on odbierany w innych krajach europejskich. Przekłada literaturę szwedzką na język polski, tłumaczyła powieści m.in. Henninga Mankella, Stiega Larssona, Carla Johana-Vallgrena.

Historia rodem z amerykańskiego filmu1. W Stanach Zjednoczonych zbliżają się wybory prezydenckie. Do sztabu wyborczego starającego się o reelekcję prezydenta dociera informacja, że lada chwila do mediów trafi materiał, ujawniający aferę seksualną z udziałem głowy państwa. Aby przeciwdziałać katastrofalnym skutkom, jakie pociągnie za sobą upublicznienie takiego newsa, prezydent każe swoim ludziom ściągnąć Conrada Breana, człowieka do zadań specjalnych. Brean z miejsca przystępuje do działania, nawet nie zaprzątając sobie głowy tym, czy to prawda czy jedynie fake news. Dr Mateusz Skrzeczkowski z Uniwersytetu SWPS wyjaśni, na czym polega kreowanie spektaklu w mediach i kulturze masowej. 

Spektakl czas zacząć

Brean wie, że materiał przedostanie się do prasy. Obrana przez niego strategia polega na niedopuszczeniu, by ujawniona seksafera była wysoko pozycjonowana w serwisach informacyjnych. A co może przyćmić oskarżenie prezydenta o molestowanie nieletniej w Stanach Zjednoczonych, w których skandale obyczajowe zrujnowały niejedną karierę polityczną? Chyba jedynie wypowiedzenie wojny terrorystom. Niestety, aktualna sytuacja geopolityczna nie daje najmniejszego pretekstu do podjęcia jakichkolwiek działań zbrojnych. Brean wpada na pomysł, by upozorować zagrożenie i stworzyć spektakl, ukazujący działania, które będą na to zagrożenie bezkompromisową odpowiedzią.

O wsparcie w działaniach prosi hollywoodzkiego producenta Stanleya Motssa. Ten nie bardzo rozumie, czemu jako człowiek zajmujący się rozrywką zostaje wciągnięty w tę sprawę. Brean odpowiada mu: „Naga dziewczynka poparzona przez napalm. V jak Victoria. Pięciu żołnierzy wciągających flagę na Górze Suribachi. Zdjęcie pamiętamy przez pięćdziesiąt lat, a o wojnie zapominamy. Wojna w Zatoce. Inteligentna bomba wpadająca przez komin. Dwa i pół tysiąca misji dziennie, przez 100 dni, ale wystarczy jedno zdjęcie z bombą i ludzie wierzą w wojnę. Wojna to rozrywka, dlatego przyszliśmy do pana”. Motss łapie i niezwłocznie uruchamia machinę produkcyjną, która swoim zasięgiem obejmuje nie tylko stworzenie opowieści o konflikcie zbrojnym, ale również jej wizualne reprezentacje, patriotyczną piosenkę czy okolicznościowe gadżety.

W studiu filmowym nakręconych zostaje kilka ujęć, które pokazują zgwałconą dziewczynę uciekającą z białym kotkiem na rękach z zaatakowanej przez terrorystów wioski. Następnie udostępnione są mediom i natychmiast jako news dnia zawłaszczają niemal cały czas antenowy wszystkich serwisów informacyjnych. Plan Conrada Breana okazuje się być nad wyraz skuteczny.

film fakty i akty 1997fragment filmu Fakty i akty, źródło: www.flimweb.pl 

U źródeł hiperrzeczywistości

Jeżeli obraz, będący reprezentacją rzeczywistości, ma w sobie potencjał stania się ikoną przesłaniającą rzeczywistość, to i sprefabrykowana ikona, niemająca swego źródła w autentycznym świecie, z tej właściwości obrazu korzysta. Jean Baudrillard sposób generowania takich obrazów nazywa symulacją. Choć w języku potocznym posługujemy się słowem „symulować” jako słowem bliskoznacznym do słowa „udawać”, to francuski filozof, na potrzeby swojej teorii, dokonuje istotnego znaczeniowego rozróżnienia. Z udawaniem mielibyśmy do czynienia wówczas, kiedy od samego początku dla wszystkich jest jasne, że to, co rozgrywa się przed naszymi oczami, nie jest realne, tylko jest pewną grą z realnością. Wraz z jej końcem dokonuje się deziluzja i rzeczywistość odzyskuje swój autentyczny kształt.

Za przykład niech posłuży serial dla dzieci „Scooby-Doo”. W każdym odcinku bohaterowie bajki mierzą się z kryminalną zagadką, w której zdaje się, że odpowiedzialność za przestępstwo ponoszą siły nadprzyrodzone. Jednak od początku nie dają oni wiary w istnienie ducha, będąc przy tym święcie przekonani, że ktoś tylko zjawę udaje. Każdy odcinek kończy się zdemaskowaniem winnego i zarazem przywróceniem rzeczywistości realnych podstaw.

Scooby doofragment serialu animowanego Scooby Doo, źródło: www.cda.pl

W przypadku symulacji sytuacja wygląda nieco inaczej. „Symulacja podważa różnicę pomiędzy tym, co «prawdziwe» i tym co «fałszywe»; tym, co «rzeczywiste», i tym, co «wyobrażone»”2. Nie posiadamy ani umiejętności, ani narzędzi pozwalających w sposób jednoznaczny stwierdzić, czy to, co widzimy, ma swoje źródło w rzeczywistości. Przykładem może być osoba symulująca chorobę. Mimo braku u symulanta jednostki chorobowej, występują u niego objawy choroby. Inni widząc te objawy, nie wiedzą, i wiedzieć nie mogą, że de facto nie są one skutkiem przypadłości, a jedynie „pustymi” symptomami. Między objawami a powodem ich wystąpienia nie ma relacji przyczynowo-skutkowej. Jeżeli tą osobą jest mężczyzna stojący przed komisją wojskową, najprawdopodobniej zostanie uznany przez lekarzy za niezdolnego do służby wojskowej. Nie otrzyma powołania do wojska, nie odbędzie szkolenia, nie poleci na misję wojskową, nie zginie od rany postrzałowej. Będzie żył, choć w rzeczywistości „powinien był” zginąć, gdyż był zdrowy. U źródeł dalszych wydarzeń w jego życiu leżeć będzie fałsz, a nie prawda.

Rzeczywistość nie istnieje

Obraz wygenerowany na drodze symulacji Baudrillard nazywa symulakrem. Kiedy otaczają nas autentyczne reprezentacje rzeczywistości oraz sztucznie spreparowane symulakry, a my jesteśmy bezradni przy każdej próbie rozpoznania, co jest czym, pozostaje nam odrzucenie opozycji realne/ nierealne. Istnieje przecież nie mniejsze prawdopodobieństwo, że autentycznie chory zostanie uznany za symulanta, trafi do armii, następnie powędruje na front, by wrócić w trumnie przykrytej narodową flagą. Rzeczywistość została wyparta przez hiperrzeczywistość. Pozornie sprawa wydaje się błaha.

Koniec końców nikt z nas nie czuje się jak Alicja, która znalazła się po drugiej stronie lustra. Baudrillard daleki jest jednak od bagatelizowania dokonującej się na naszych oczach transformacji. Jego zdaniem powszechne przekonanie, że każdy z nas potrafi odróżnić świat baśni od rzeczywistości, to efekt wielu strategii mających na celu uśpienie naszej czujności. Sprowadza je do następującej tezy: „Disneyland istnieje po to, by zataić fakt, że «rzeczywisty» kraj, cała «rzeczywista» Ameryka jest Disneylandem”3. Przekraczaną przez nas bramę wejściową do parku rozrywki traktowalibyśmy jako granicę między światem realnym, a światem udającym bajkę. Kiedy przez nią na powrót wychodzimy jesteśmy przekonani, że w tym momencie bańka iluzji pęka. Że wszystko to, co działo się przed chwilą, było na niby. Kiedy jednak spojrzymy na stan naszego konta bankowego, przekonamy się, że finansowy krwiobieg, utrzymujący przy życiu cały ten świat ułudy, był jak najbardziej realny.

To doświadczenie utwierdzi w nas przekonaniu, że padliśmy ofiarą iluzji, i że tamten świat jest równie prawdziwy, jak ten tutaj. A co, jeżeli jest dokładnie odwrotnie i otaczająca nas rzeczywistość jest na równi ze światem Disneya zasymulowana? Co jeżeli wpadliśmy w pułapkę hiperrzeczywistości, która nas więzi; jeśli komuś zależy na tym, byśmy zupełnie nie zdawali sobie z tego sprawy?

Nic nie jest takie, jakie się wydaje

Kondycję człowieka otoczonego przez znaki, które skrywają, że rzeczywistość została utracona, pokazuje kultowy przed laty film braci Wachowskich Matrix4. Twórcy sami zresztą zdradzają w swoim dziele, że teoria Jeana Baudrillarda była dla nich głównym źródłem inspiracji. W pewnym momencie bohater filmu sięga po książkę, na okładce której widnieje napis „Symulakry i symulacja”, czyli tytuł cytowanej już książki francuskiego filozofa.

Matrixfragment z filmu Matrix, źródło: http://www.antimedia.pl www.cda.pl

W filmie Neo, główny bohater, podejrzewa, że to, co go otacza nie jest rzeczywiste. Całe noce tkwi przed komputerem, poszukując odpowiedzi na spędzające mu sen z powiek pytanie: Czym jest Matrix? Jego nieustępliwość sprawia, że udaje mu się odnaleźć Morfeusza, który umożliwia mu przejrzenie na oczy.

Morfeusz: Chcesz wiedzieć… Czym on jest? Matrix jest wszędzie… wokół nas. Nawet w tym pokoju. Widzisz ją za oknem… i w telewizji. Czujesz ją w pracy… w kościele… i kiedy płacisz podatki. Macierz to sztuczny świat, który ci przesłania prawdę.
Neo: Jaką prawdę?
Morfeusz: Jesteś niewolnikiem. Jak wszyscy ludzie, urodziłeś się w więzieniu, którego nie możesz powąchać ani dotknąć. Bo uwięziono twój umysł. Niestety, nie mogę ci powiedzieć, czym jest Matrix. Musisz to zobaczyć.

Filmowa macierz to nic innego jak alegoria hiperrzeczywistości. Wystarczy dokonać lekkiego odarcia amerykańskiej superprodukcji z cyperpunkowej estetyki i z efektów specjalnych, aby w filmie dostrzec egzystencję człowieka żyjącego na przełomie tysiącleci. Nie jesteśmy wprawdzie ofiarami Sztucznej Inteligencji, która sprowadziła nas do roli generatora energii, czego ten jest nieświadomy, gdyż jego mózg nieustannie przetwarza zasymulowane obrazy rzeczywistości, wierząc, że w niej funkcjonuje. Jesteśmy jednak zanurzeni w kulturze wizualnej, w której na nieznaną do tej pory skalę osaczają nas obrazy. Spotykamy je na każdym kroku. Internet pozwala na ich nieustanny przepływ, nawet w momencie, w którym donikąd nie zmierzamy i nie mamy przed sobą włączonego telewizora – wystarczy smartfon.

Fotografia w działaniu

Jaką sprawczość mają obrazy fotograficzne? Same w sobie niewielką. Są nieme. Nie mówią nam nic, jedynie ukazują. Ale z powodu silnie zakorzenionego poglądu o prawdzie potwierdzonej autorytetem własnych oczu, okazują się być kluczowe w uwiarygodnianiu kontekstu, w którym są pokazywane. To, co widzimy na zdjęciu, musiało takim być przed obiektywem aparatu. Jednak znaczenia temu czemuś przydają słowa towarzyszące obrazom. Retoryczna i perswazyjna siła drzemiąca w fotografiach jest zbyt duża, aby różnorakie grupy interesów nie pokusiły się o jej spożytkowanie. W trakcie działań zbrojnych w Donbasie media społecznościowe obiegły zdjęcia mające przekonać rosyjską (bezpośrednio) oraz światową (pośrednio) opinię publiczną o słuszności separatystycznych działań. Wykorzystano w tym celu fotografie: zrobione przed kilkudziesięciu laty w Bośni, aby ukazać bestialstwo ukraińskiej armii; ukazujące ciała meksykańskich handlarzy narkotyków jako zwłoki ukraińskich żołnierzy; dokumentujące konflikt w Czeczeni jako dowód skali zniszczeń spowodowanych przez ukraińskie wojsko itd. A może autorami tych manipulacji jest strona antyrosyjska, która sama wypuszcza w świat tego typu materiały, starając się w ten sposób zdyskredytować Rosję, i osłabić jej wiarygodność. Czytelniku, czy jesteś pewien kto jest autorem niniejszego artykułu?

exodus RosjaTelewizja „Świat 24” pokazuje „uchodźców z Ukrainy”, tymczasem zdjęcie wykonano w Kosowie, źródło: www.kresy24.pl 

Jaki czynnik sprawia, że fotografia ma w sobie ikoniczny potencjał? Jest nim najprawdopodobniej jej wartość spektakularna, czyli estetyczna moc uruchamiająca w odbiorcy emocję przeradzającą się w uczucie. Największą siłę rażenia mają obrazy, które łatwo mogą zostać przemienione w kicz. „Tam gdzie przemawia serce, nie wypada, aby rozum zgłaszał wątpliwości. W krainie kiczu panuje dyktatura serca. Ale uczucie, które budzi kicz, musi być takie, aby mogły je podzielać masy. Dlatego kicz nie może się opierać na sytuacji wyjątkowej, lecz na podstawowych obrazach, które ludzie mają wbite w świadomość: niewdzięczna córka, odtrącony ojciec, dzieci biegnące po trawniku, zdradzona ojczyzna, wspomnienie pierwszej miłości. (…) Nikt tego nie wie lepiej niż politycy. Kiedy znajdą się w pobliżu aparatu fotograficznego, zaraz łapią najbliższe dziecko, aby je podnieść do góry i całować w policzki. Kicz jest estetycznym ideałem wszystkich polityków, wszystkich politycznych partii i ruchów.”5

Postpolityka?

Polityka w czasach antycznych była tożsama z przestrzenią publiczną, agorą, na której spotykali się wolni ludzie (co wówczas oznaczało zamożnych mężczyzn w pełni sił fizycznych, którzy nie musieli pracować), by ustanawiać prawa na drodze debaty. Prawo nie obowiązywało dopóty, dopóki nie udało się wypracować konsensusu. W średniowieczu tak rozumiana przestrzeń publiczna została zanegowana, a jej idea – dosłownie – wysłana w zaświaty. Źródłem prawa był Bóg, a wolę boską w życie wprowadzali namaszczeni przez niego przedstawiciele: głowa państwa i głowa kościoła. Upadki kolejnych monarchii i postępująca ateizacja szły w parze z coraz silniejszymi siłami społecznymi dążącymi do powrotu do antycznego modelu demokracji, tym razem z dużo dalej niż przed wiekami posuniętymi postulatami emancypacyjnymi (dotyczącymi niewolników, kobiet, niepełnosprawnych fizycznie i umysłowo, homoseksualistów, czarnoskórych itd.). W nowoczesnym świecie polityka szybko jednak wycofała się z kształtowania przestrzeni publicznej, czyniąc swoją prerogatywą zarządzanie gospodarką narodową. Aby władza zyskała w trakcie wolnych wyborów społeczny mandat, jej umiejętność zarządzania państwowym kapitałem musiała iść ręka w rękę z umiejętnością zarządzaniem spektaklem.

Przestrzeń publiczna ma dziś znacznie mniej z agory, a dużo więcej z amfiteatru. Wszelkie działania w sferze politycznej rozgrywają się na oczach publiczności. To ją należy przekonać, że racja leży po naszej stronie. To ona przy urnach zadecyduje, kto swoją rolę odegrał w sposób bardziej przekonywujący. Kto w spektaklu odwoła się do rozumu patrzących, przegra. Kto trafi bezpośrednio do serc, niezależnie od obranej strategii, zwycięży.

trump child impersonatorźródło: http://static5.businessinsider.com/image/57fc3da38109ee82018b4d63-480/trump-child-impersonator.png

photo bush snowflake children 2źródło: http://www.pensitoreview.com/Wordpress/wp-content/uploads/photo-bush-snowflake-children-2.jpg

slide 357188 3943724 free Clintonźródło: https://s-i.huffpost.com/gadgets/slideshows/357188/slide_357188_3943724_free.jpg

Jeżeli intelektualne elity wciąż dziwią się, że merytoryczne argumenty zostają zmyte przez tsunami kiczu; jeżeli wciąż wierzą, że niebawem społeczeństwo przejrzy na oczy i zrozumie, że jest mamione obrazem szczęścia, który zataja, że nie kryje się za nim nic, a już na pewno nie rzeczywistość, to znak, że nie odrobiły lekcji. Naukowiec zdoła przekonać opinię publiczną, jeżeli uda mu się naukowca odegrać. W tym celu musi zostać nakręcony na tle biblioteki, trzymać w ręku przyrząd badawczy, wplatać w swoją wypowiedź naukowe terminy. Jeśli nie ma aktualnie wokół żadnego regału z książkami, wystarczy że stanie na niebieskim tle, a bibliotekę wmontuje się w postprodukcji. Jeśli nie dysponuje żadnym artefaktem, niech trzyma w ręku paczkę z czipsami, którą później w odpowiednim programie zamieni się na teleskop. Jeżeli nie pamięta terminów? Niech wymyśla nowe, najlepiej rozpoczynające się od przedrostka „post” (postkryptifikacja, postmakaltynizm), albo kończące się na „izm” (maltawinizm, socomarfizm). Co to znaczy? Skąd mamy to wiedzieć?

 

258 mateusz skrzeczkowski

O autorze

dr Mateusz Skrzeczkowski – zastępca dyrektora Instytutu Kulturoznawstwa Uniwersytetu SWPS. Naukowo pracuje nad takimi zagadnieniami jak: (est)etyczny wymiar świadectw Zagłady, nie-rzeczy-wisty język obrazów, ożywione-nie-ożywione jako posthumanistyczny motyw w literaturze i sztuce. Prowadzi m. in. zajęcia ze sztuki współczesnej, estetyki, interpretacji, autotematyczności w sztuce czy pamięci Holocaustu.

Przypisy

1 Fakty i akty, (tytuł oryginału Wag the Dog), reż. Barry Levinson, 1997.
2 J. Baudrillard, Symulakry i symulacja, tłum. S. Królak, Sic!, Warszawa 2005, s. 8.
3 Tamże, s. 19.
4 Matrix, reż. Lilly Wachowski, Lana Wachowski, 1999.
5 M. Kundera, Nieznośna lekkość bytu, tłum. A Holland, WIP, Warszawa 2003, s. 188-189.

Fake news i postprawda – dwa słowa, które robią zawrotną karierę. Niestety, przykłady kłamliwych wiadomości, które zalały sieć w ostatnich miesiącach można mnożyć. „Papież Franciszek poparł Donalda Trumpa przed wyborami w USA”, „WikiLeaks potwierdza, że Hillary Clinton sprzedawała broń ISIS” – ilu z nas te wyssane z palca doniesienia wzięło za fakty? O zjawisku fake news opowie dziennikarz i kulturoznawca Marek Kacprzak.

Kłamliwe wiadomości mają przyciągać uwagę, szokować, dezinformować opinię publiczną. Często są wpuszczane do krwiobiegu informacyjnego, żeby zaszkodzić osobie czy instytucji. Z kolei wyrażenie postprawda opisuje świat, w którym trzymanie się obiektywnych faktów ma mniejsze znaczenie niż wyrażanie swoich emocji i osobistych przekonań. Każdy, kto tworzy własne media na portalach społecznościowych, bezwiednie może stać się powiernikiem tych, którym zależy na sianiu dezinformacji. Jak w szumie informacyjnym odróżnić fakt od opinii, prawdę od fałszu, informację od dezinformacji? Czy przed fake newsami można się w ogóle bronić?

 

Kacprzak Marek

O autorze

Marek Kacprzak – dziennikarz (Polsat News), kulturoznawca, wykładowca Uniwersytetu SWPS. Karierę dziennikarską rozpoczął w 1994 r. Od tej pory przez wiele lat był związany z Radiem Parada w Łodzi, następnie Radiem Classic (także w Łodzi), Radiem Echo w Nowym Sączu, aż w końcu z RMF FM. W 2003 r. rozpoczął karierę telewizyjną jako reporter magazynu „Uwaga” w TVN. Po roku rozpoczął pracę w redakcji TVN24 na stanowisku wydawcy. Od 2005 r., przez dwa lata, pracował w redakcji „Wydarzeń” w Polsacie na stanowisku wydawcy, a następnie prezentera. W 2007 r. odszedł z Polsatu i objął stanowisko szefa działu Kraj w „Polska The Times”. Po powstaniu kanału Polsat News w 2008 r. wrócił do stacji i rozpoczął pracę na stanowisku prowadzącego program poranny „Nowy dzień” w Polsat News. Od września 2012 r. zaczął prowadzić pasma popołudniowe i wieczorne oraz serwisy informacyjne w Polsat News. Od stycznia 2013 r. prowadzący „Wydarzenia Opinie Komentarze”.

kanały

zobacz też

Zapraszamy na webinar z Martą Szarejko i Patrycją Pustkowiak