logo

logo uswps nazwa 3

Według słownika symboli autorstwa Juana Eduarda Cirlota kobieta odpowiada biernej zasadzie natury. „Występuje ona często w trzech zasadniczych formach: jako syrena, lamia bądź stwór monstrualny rzuca czar, odwraca uwagę i zbija z drogi rozwoju”1. Femme fatale z języka francuskiego to kobieta fatalna. Często utożsamiana jest z tą, która przynosi mężczyźnie porażkę i zgubę. Femme fatale nie jest zwyczajną reprezentantką swojej płci – to bogini, która życie mężczyzny potrafi zamienić w tragedię i to na jego własne życzenie. Jest opisywana przez poetów i powieściopisarzy, staje się tematem wielu filmów. O kobiecie fatalnej na srebrnym ekranie opowie socjolożka i kulturoznawczyni Patrycja Paczyńska-Jasińska.

Femme fatale w kulturze i świadomości zbiorowej

Archetypów femme fatale istnieje wiele, a kultura popularna z roku na rok dodaje kolejne definicje. Najprawdopodobniej najbardziej znanym w naszym kręgu cywilizacyjnym jest biblijna Ewa. Kusicielka, przez którą ludzie zostali wygnani z raju. Sprzeciwiła się Bogu, jego zakazowi, zrywając jabłko z drzewa życia, ściągnęła przez to karę na Adama i na siebie.

Bardzo ciekawym przykładem femme fatale w kulturze i świadomości zbiorowej jest również postać Lilith, będąca uzupełnieniem archetypu Ewy. W Księdze Rodzaju czytamy: „I stworzył Bóg człowieka na wyobrażenie swoje, na wyobrażenie Boże stworzył go: mężczyznę i białogłowę stworzył je”2. W ten sposób Lilith stała się pierwszą towarzyszką Adama, zanim jeszcze pojawiła się jego prawowita małżonka, Ewa. Ze związku Adama i Lilith zrodził się Asmodeusz, a także inne demony, które nadal dręczą ludzkość. Para nie tworzyła udanego związku, nigdy też nie żyli ze sobą w zgodzie. Kiedy Adam przemocą próbował nakłonić ją do posłuszeństwa, ona rozwścieczona przywołała niewymawialne imię Jahwe i natychmiast otrzymała skrzydła. W ten sposób wzniosła się w powietrze i uciekła z raju.

Femme fatale odnajdujemy w dziełach literackich, plastycznych, a w szczególności filmowych. Wpisanie femme fatale w siatkę relacji kina noir pokazuje, że nie jest postacią, która łamie reguły świata i której destrukcja przywróci naruszony porządek. To skutek męskich fantazji i obsesji. Oprócz tego sama tworzy złudzenie. Złudzenie czegoś, co mężczyzna musi zdobyć natychmiast. W połączeniu z erotyzmem, dominacją i inteligencją wzbudza podziw i zazdrość wśród kobiet.

Tło kina noir i wizerunku femme fatale

Ze słownika wiedzy o filmie autorstwa Joanny Wonickiej dowiadujemy się, że na początku lat czterdziestych formuła kina gangsterskiego uległa zmianie, przekształcając się w specyficzny nurt określany mianem „filmu czarnego” lub z francuskiego – kinem noir. Takie określenie odnieść można zarówno do prezentowanych w tych obrazach opowieści, jak i do wizualnej stylistyki. „Film noir zaproponował również nowy typ postaci kobiecej, do której przypasowano określenie właśnie femme fatale. Kobiety pięknej, ale bardzo niebezpiecznej, często uwikłanej w zbrodnię, oddziałującej na mężczyzn świadomie używaną siłą erotyczną, prowadząc do ich zguby. Najsłynniejszą femme fatale w kinie noirowym była Elsa, którą grała Rita Hayworth w filmie swojego męża Olsona Wellesa pt. „Dama z Szanghaju”3. W filmie tym stworzyła wręcz wzorową postać kobiety pięknej, zagadkowej, która pod urodziwą maską skrywa zło i skłonność do zbrodni.

Dama z Szanghaju
Dama z Szanghaju, reż. Orson Welles, kadr z filmu, źródło: https://www.kinonh.pl/film.do?id=10900

Femme fatale w pierwszych filmach noir kreowana była na bohaterkę udręczoną, wyemancypowaną, zmuszoną do walki o własną godność i ekonomiczne bezpieczeństwo. Przyczyny tej tendencji są różnorodne i związane z czynnikami społeczno-kulturalnymi. Według dra hab. Rafała Syski i prof. dra hab. Tadeusza Lubelskiego „postaci femmes fatale stanowiły atrakcyjną metaforę mizoginicznych lęków, które nawiedzały wracających z frontów mężczyzn. Ci już w chwilach rozłąki fantazjowali na temat rozwiązłego zachowania żon, a po powrocie do domów z zaskoczeniem obserwowali naturalne dla czasów wojny usamodzielnienie się kobiet. Po drugie postać femmes fatale mogła silniej niż męski protagonista wyeksponować charakterystyczną dla kina noir postawę kontrkulturową i demitologizacyjną, właśnie kobiety bowiem naznaczano w tych filmach zimnym koniunkturalizmem, chciwością i pozbawiano skrupułów dążenia do celu – a więc zdegradowaną ideą amerykańskiego snu i protestanckiej etyki pracy. Wreszcie, po trzecie, wzrost popularności postaci femmes fatale wynikał z psychoanalitycznych inklinacji kina czarnego, eksponował skrajne stany emocjonalne, załamania nerwowe i zdolność do czynienia zła, która okazywała się immanentną cechą każdego człowieka, a nie tylko prymitywnych i zwyrodniałych mężczyzn. Przykłady takich zimnych i wyrafinowanych kobiet można byłoby mnożyć i chyba już nigdy kobiety w kinie nie będą równie pociągające erotycznie, a zarazem przebiegłe, niezależne i dominujące”4.

Analiza scen z filmów noir

Spojrzenie na postać femme fatale pozwala dostrzec w kinie noir krytykę tradycyjnych modeli i ról społecznych. Filmowe femme fatale to przede wszystkim Rita Hayworth, Ida Lupino i Barbara Stanwyck.

Poniżej przeanalizowano sceny z obrazów kina noir: „Bulwaru zachodzącego słońca” w reżyserii Billy’ego Wildera oraz „Sokoła maltańskiego” autorstwa Johna Hustona. Wykorzystano również kilka cytatów, aby bliżej przedstawić postać femme fatale.

Charakterystyczny dla kina noir jest brak szczęśliwych małżeństw. W „Sokole maltańskim” i „Bulwarze zachodzącego słońca” dobrzy mężczyźni nie są żonaci i zadowoleni z miłości. Keyes, Joe czy Sam Spade to postaci jednoznacznie dobre i ciepłe, opowiadają historie kobiet, z którymi wzięliby ślub, gdyby nie sprawdzili ich w przeszłości. W jednej z początkowych scen Sokoła maltańskiego Sam Spade odkrywa sekrety Brigid:

Sam: Nie jest pani tym, za kogo się podaje.
Brigid: Nie wiem, o co chodzi.
Sam: Ta maniera pensjonarki. Rumieni się pani.
Brigid: Miałam ciężkie życie, często byłam nieuczciwa.
Sam: To dobrze, bo gdyby była pani tak uczciwa, jak się wydaje, daleko byśmy nie zaszli.
Brigid: Nie będę już udawać niewinnej.

Siła podważania tradycyjnego modelu relacji pomiędzy płciami manifestuje się w obrazie powracającym w wielu filmach noir – obrazie starego i niedołężnego męża. W „Bulwarze...”, dowiadujemy się, że lokaj Normy – Max – w przeszłości był cenionym reżyserem oraz pierwszym mężem femme fatale.

Bulwar zachodzącego
Bulwar Zachodzącego Słońca, reż. Billy Wilder, kadr z filmu, źródło: https://www.alekinoplus.pl/program/film/bulwar-zachodzacego-slonca_17814

W warstwie wizualnej niezależność femme fatale jest często prezentowana jako narcyzm. Norma, wyblakła gwiazda kina niemego, na początku spotkania z Joe mówi: „Ja jestem wielka. To kino zrobiło się małe. Jest martwe. Jest skończone. Czułam się, jakbym miała we władaniu oczy całego świata”. Norma, jak niczego na świecie, pragnie powrócić na ekrany i chciałaby, żeby Joe, którego czyni swoim kochankiem, napisał scenariusz, umożliwiając powrót w wielkim stylu. W roli drapieżnej Salome, bo jak sama mówi:„Fani nie wybaczyli mi, że ich opuściłam”.

Femme fatale jest definiowana głównie przez swoją seksualność. Erotyzm jest jej bronią. Kobieta fatalna jest zawsze w centrum zainteresowania: pośrodku kadru, na pierwszym planie lub uwydatniona w tle przez głębię ostrości. Ma władzę nad ruchem kamery i kieruje ją, wraz ze wzrokiem mężczyzn i widza, na siebie. Femme fatale ściąga na siebie całą uwagę widza. Kobieta fatalna do samego końca gra i manipuluje mężczyznami. Przykładem niech będzie ostatnia rozmowa Sama Spade’a z Brigid O’Shaughnessy:

Sam: Jeżeli będziesz miała szczęście, to wyjdziesz za dwadzieścia lat. Będę na ciebie czekać. Może dostaniesz tylko dożywocie. Wiesz, gdzie mnie szukać, a jak cię powieszą, będę cię zawsze pamiętać. Nic z tego mała, tym razem się nie wywiniesz.
Bridget: Jak możesz mi to robić? Archer nie znaczył przecież dla ciebie tak wiele jak ja.
Sam: Nie mam powodów, aby ci ufać. Jak ci odpuszczę, to będziesz miała mnie w garści do końca życia. Nie mogę ryzykować.
Bridget: Naprawdę cię kochałam. Moje uczucia były szczere.
Sam: Nie dam ci się zwodzić chociażby dlatego, że jesteś zbyt pewna swego.

Brigid O’Shaughnessy to klasyczna femme fatale – kobieta, która wie, czego chce, wykorzystująca swoją seksualność i manipulującą seksualnością. Doprowadza wyłącznie do ruiny. Zniszczenie to zaczyna się od pokusy mężczyzny – Brigid, przychodząc już na początku do biura Spade’a, próbuje go uwieść i udaje się jej to. Sam Spade, pomimo dystansu do Brigid, dał się wciągnąć w jej intrygę i stał się podejrzanym o dwa morderstwa. Norma Desmond z kolei kiedyś wielka gwiazda kina niemego, obecnie femme fatale. Teraz, będąc samotną i bezradną, tworzy scenariusz dla siebie, aby w najbliższej przyszłości znów powrócić na ekrany. Sława, która przeminęła – to jest jej największy problem. Kobieta jest słaba psychicznie, potrzebuje akceptacji i uwielbienia, w przeciwnym razie skłonna jest odebrać sobie życie. Postępujące szaleństwo Normy zostało genialnie przedstawione na ekranie – szczególnie w ostatnich scenach widać prawdziwy obłęd w jej oczach.

Zmysłowa, tajemnicza, świadoma swej władzy nad mężczyznami. Wytrawna uwodzicielka, z bezwzględnością prowadząca mężczyzn do zguby. Filmy, które wybrałam, przedstawiają postaci femmes fatales i realizują klasyczny model w ujęciu Zbigniewa Pietra, opierający się na trzech elementach składowych: pokusie, katastrofie i zemście5.

Jak zauważa Piotr Jakubowski, analizując pod tym kątem kino noir: „bohaterki filmów, robiąc zawrotną karierę zawodową i uzyskując niezależność finansową od mężczyzn, przekraczają ową «niepisaną granicę» męskiego terytorium i dlatego w zakończeniu muszą być na powrót wtłoczone w ograniczające je ramy patriarchatu”6.

Figura femme fatale, do jakiej przyzwyczajono widza, to dość niezwykła kombinacja kobiety demonicznej i ofiary. Ciągle wzbudza emocje, fascynuje i pobudza wyobraźnię. To w końcu kobieta idealna: niewinna i waleczna jednocześnie. Kino noir wciąż jest kinem popularnym, choć oczywiście, nie tak, jak w latach swojej świetności. Nie zmienia to faktu, że klasyczne produkcje inspirują kolejne pokolenia twórców. Powstają remaki, np. „Przeciw wszystkim” (1984), „Człowiek z blizną” (1983), „Wielki sen (1978). Nie można również zapominać o określeniu „neo-noir”, definiującym produkcje w dużym stopniu bazujące na omawianym stylu, oferujące widzom niepowtarzalną atmosferę, klaustrofobiczne przestrzenie, intrygujące zagadki kryminalne i omawianą postać femme fatale w podrasowanej formie. Wśród najpopularniejszych produkcji warto wymienić: „Blade Runner” (1982), „Tajemnice Los Angeles” (1997), „Sin City” (2005), „Czarną Dalię” (2006) czy „Blade Runner 2049” (2017). Bez dwóch zdań kino noir oraz postać femme fatale na stałe wpisała się do kanonu światowej kinematografii i moim zdaniem przez kolejne dekady jej postać będzie oryginalnie eksploatowana.

 

setoci2

Więcej tekstów autorki na blogu
setoci.com

258 sPatrycja Paczyńska Jasińska blog

O autorce

Patrycja Paczyńska-Jasińska – rocznik 1987. Absolwentka socjologii (specjalność: komunikacja społeczna) na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach oraz kulturoznawstwa (specjalność: filmoznawstwo) na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Jest doktorantką na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego, na kierunku socjologia. Obecnie pracuje na Uniwersytecie SWPS w Katowicach, gdzie jest koordynatorką ds. marketingu oraz pełni funkcję opiekuna naukowego Koła Naukowego Psychointerpretacje. Działa również społecznie na rzecz rozwoju dzieci i młodzieży w ramach projektów: Strefa Młodzieży i Strefa Psyche. Współpracuje również z "Warsztaty Realizatora Filmowego i TV" w Bielsku-Białej gdzie edukuje społeczność lokalną z zakresu historii i analizy filmu. Jest organizatorką Ogólnopolskiej Konferencji Filmowej pt. "Filmowe Psycho-Tropy" oraz inicjatorką projekt filmowego o tym samym tytule, który od lat z sukcesem prowadzi w katowickim KINIE KOSMOS - Centrum Sztuki Filmowej. Autorka bloga filmowego Se Točí. Współautorka książek Film w edukacji i profilaktyce. Na tropach psychologii w filmie. Część 1 oraz Film w terapii i rozwoju. Na tropach psychologii w filmie. Część 2.

Przypisy

1 J. E. Cirlot, Słownik symboli, Kraków 2001, s. 181.
2 Księgi Rodzaju 1,27.
3 J. Wonicka, O. Katafisz, Słownik wiedzy o filmie, Warszawa-Bielsko-Biała 2009, s. 360-365.
4 Kino nieme. Historia kina, red. T. Lubelski, I. Sowińska, R. Syska, tom 1, Universitas 2014.
5 Z. Pitera, Diabeł jest kobietą, Warszawa 1989, s. 33.
6 P. Jakubowski, „Obrazy kobiet w filmie noir”, w: Gender-film-media, (red.) E. H. Oleksy, E. Ostrowska, Kraków 2001, s. 26.

Chęć życia inaczej, lepiej, mocniej, powiązana z brakiem wiary we własną niezależność, nadal nie prowadzi do życiowych zmian młodych kobiet z nieuprzywilejowanych grup społecznych. Kilka dekad temu opowiedział o nich Janusz Kondratiuk w kultowym filmie „Dziewczyny do wzięcia". O awansie społecznym i zjawisku „wannabes” dawniej i dziś opowie kulturoznawca oraz filmoznawca dr Karol Jachymek z Uniwersytetu SWPS.

Inaczej byśmy chciały

Jesień, zima lub bardzo wczesna wiosna. Trzy dziewczyny, ubrane w najlepsze stroje, biegną, śpiesząc się na pociąg, który za chwilę odjedzie do Warszawy. Chcą, podobnie jak inne dziewczęta, spędzić to sobotnie popołudnie w stolicy, by chociaż na moment oderwać się od sennej atmosfery rodzinnej miejscowości. „Na ostatniej stacji dużo dziewczyn wsiadło. Zawsze tak jest. Przyjeżdżają w sobotę po to, żeby się wyszumieć" – komentują. „Pucia, nie bądź taka, powiedz, jak tam będzie, co?" – pyta jedna z nich. „A co ty tam wiesz? Nic nie wiesz. Absolutnie bez żadnego porównania. Wcale!" – odpowiada po krótkiej dyskusji Pucka. W pociągu poprawiają makijaż, rozmawiają o tym, jak należy zachowywać się w Warszawie. Śpiewają modne piosenki o miłości. Prawdziwy cel ich podróży jest oczywisty. „Ja bym chciała zapoznać doktora. Albo kogoś â la w podobie" – wzdycha ta, która jedzie po raz pierwszy. W mieście jest przecież wiele możliwości. Zwłaszcza jeśli mówimy o mężczyznach na poziomie. 

Zapoznać kogoś, wszystko jedno kogo

Tak rozpoczynają się „Dziewczyny do wzięcia", kultowy film Janusza Kondratiuka z 1972 r. Młode mieszkanki niewielkiej miejscowości: urzędniczka pocztowa (Ewa Szykulska), Pucka (Ewa Pielach-Mierzyńska) oraz dziewczyna, która nie lubi kremu (Regina Regulska), przyjeżdżają na jeden dzień do Warszawy, żeby spędzić popołudnie w towarzystwie trzech mężczyzn. Umówiły się z nimi wcześniej, ale ci ostatecznie nie przychodzą w uzgodnione miejsce. Rozgoryczone dziewczyny postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. „Mam pomysł. Zapoznamy sobie lepszych chłopaków". „Ja bym chciała zapoznać doktora". „A ja inżyniera". „A ja kogoś na stanowisku, wszystko jedno kogo" – mówią i idą w miasto. Poszukiwania rozpoczynają od wizyty w kawiarni. To właśnie tutaj spotkają dwóch nieznajomych – rzekomego inżyniera i magistra, którzy za pomocą słodkich kłamstw i kremu sułtańskiego wkrótce zdobędą serca i zaufanie dziewcząt. Wspólnie spędzą całe popołudnie, odwiedzając kolejno najbardziej atrakcyjne w ich opinii miejsca stolicy (teatr, lokal ze striptizem, mieszkanie kolegi), by na koniec tej wędrówki dać się zwieść wizją ustabilizowanej przyszłości i dalszych, wspólnych perspektyw.

Popularna do dziś tragikomedia została zrealizowana na podstawie reportażu „Jeden dzień życia" Lecha Borskiego (28. nr „Kultury" z 1970 r.). Bohaterką tekstu jest Magda. Młoda dziewczyna, która rok wcześniej, w pewną niedzielę, przyjechała do Warszawy, by się rozerwać, i która w następstwie tej podróży „urodziła bękarta i wieś jej nie wyklęła". Historia rozpoczęła się niewinnie: Magdę nieśmiało zaczepia na dworcu spotkany przez nią przypadkowo starszy szeregowiec w lotniczym mundurze. Wyjmuje jej siatkę z ręki, uśmiecha się uroczo i Magda już wie, że on i ona spędzą ze sobą resztę tego letniego dnia. Za dziewięć miesięcy na świat przyjdzie chłopiec. Jego tata, po wspólnych chwilach w Lasku Bielańskim, zniknie z życia dziewczyny. „Czy ona, jeżdżąc do Warszawy, myślała o znalezieniu męża?" – zapyta Lech Borski. „To trudno powiedzieć. Jakby kto wtedy spytał, powiedziałabym, że nie. Ale u nas na wsi jest mało chłopaków. Kto może pcha się do miasta. Więc gdzie znaleźć męża? Do Warszawy nie tak daleko. (...) Tak, chyba trochę liczyłam" – odpowie.

Aby odtworzyć i – przy okazji – lepiej zrozumieć przebieg tego jednego, granicznego dnia, który zaważy na dalszym życiu Magdy, reporter postanowił wybrać się na Dworzec Wschodni w Warszawie. Dołączył tam do grupy trzech mężczyzn w różnym wieku, czekających jak co tydzień w tym samym miejscu na „pociągi z dziewczynami, pragnącymi spędzić w Warszawie zasłużoną tygodniową pracą niedzielę". Już za moment, jeszcze na peronie, uda im się nawiązać owocną – jak się wkrótce okaże – znajomość z młodymi dziewczynami, które, jak mówi jedna z nich, lubią prżać do stolicy, bo: „tu jest wesoło, (...) zawsze ruch i towarzystwo", mimo iż nie mogą sobie na to zbyt często pozwolić, gdyż „bilety kosztują, a rodzice nie dają (...) pieniędzy". W konsekwencji wszystkie nowo poznane pary spędzą ze sobą dalszą część dnia, a ich wspólnej przechadzce przez najmodniejsze punkty miasta towarzyszyć będzie smutna w gruncie rzeczy gra niemożliwych do spełnienia oczekiwań, wzajemnych kłamstw, przechwałek, udawania i pozorów. „Waldek powiedział, że pracuje w biurze projektów i projektuje nowe karoserie do samochodów. Dopiero wieczorem sprostował, że nie pracuje w biurze projektów, ale w hucie, i mieszka w hotelu robotniczym" – dowiemy się od Magdy. To właśnie ten wątek reportażu stanie się wkrótce główną inspiracją „Dziewczyn do wzięcia".

Wymarzone miejsce awansu społecznego

Zarówno film, jak i stanowiący jego podstawę reportaż opowiadają o rzeczywistym zjawisku społecznym z przełomu lat 60. i 70. Życie miejskie, migracje zawodowe, nierówności społeczne i związane z tym złe warunki egzystencji, przemiany obyczajowe oraz silnie obecny w mediach i kulturze popularnej trend promujący konieczne do naśladowania mody, przyczyniły się do tego, że dla wielu młodych kobiet pochodzących z niewielkich miejscowości to właśnie Warszawa (również inne wielkie polskie miasta) stała się wymarzonym i - w gruncie rzeczy - fantazmatycznym miejscem awansu społecznego. Pragnienie to zaczęło prowadzić do wielu patologii. „[Waldek] pytał mnie, czy chciałabym mieszkać w dużym domu, parkiet, gorąca woda, zsyp na śmieci i winda. Powiedziałam, że chciałabym" - opowiada Magda. „Powiedział, że mnie kocha. Ma mieszkanie, a więc widoki i perspektywy są wielkie przed nami. A tymczasem będziemy pisywali do siebie" - mówi jedna z filmowych dziewczyn do wzięcia. Chęć życia inaczej, lepiej, ciekawiej, mocniej, powiązana z łatwowiernością, zgodą na liczne ustępstwa i brakiem wiary we własną niezależność, prowadząca z reguły nie do upragnionego szczęścia, ale wprost do negatywnych konsekwencji, jest charakterystyczna nie tylko dla przywołanych bohaterek. Również dla wielu niewyróżniających się młodych dziewczyn z nieuprzywilejowanych grup społecznych, które nie do końca wiedzą, na czym miałoby polegać „życie inaczej" i skąd w ogóle mogłaby wypływać tak silna potrzeba życiowej metamorfozy. Nieumiejętność precyzyjnego zdefiniowania własnych tęsknot oraz bezrefleksyjna i niemal rozpaczliwa chęć natychmiastowej przemiany jest jednym z najważniejszych wątków filmu. „No, ale przecież my byśmy chciały inaczej. – Jak? – Inaczej byśmy chciały. – Jak byście chciały? – Inaczej. – Ale jak inaczej ? – Po prostu inaczej. – Ja dokładnie nie wiem jak, ale inaczej. – Inaczej, inaczej. Jak inaczej? – No inaczej, no inaczej. - Po prostu inaczej" – spierają się ze sobą bohaterowie po nieudanej próbie zalotów. Ten niby przypadkowy dialog, niechlujny, na pozór bezsensowny, stanowi sedno opisywanego stanu. I niesie więcej treści niż niejeden podręcznik psychologii czy opracowanie socjologiczne. Dialog obnaża marazm, z jakim dziewczyny codziennie muszą się mierzyć. Marazm spowodowany powtarzalnością, przymusem wiązania końca z końcem, utrudnionym dostępem do wielu dóbr i przywilejów czy licznymi innymi nierównościami. Jednak słowa te zdradzają też najgłębiej skrywane lęki i pragnienia bohaterek: silne poczucie wykluczenia, przekonanie o krzywdzie i niesprawiedliwości, brak wiary w siebie i własne sprawstwo, ale też wielką, choć destrukcyjną nadzieję, że tylko przyszłość, fantazmatyczna i bliżej nieokreślona, jest jedyną możliwą drogą ratunku. To m.in. ta diagnoza społeczna, niezmieniająca się od lat, sprawia, że film Kondratiuka pozostaje aktualny i ma współczesnych kontynuatorów (np. dokumenty Karoliny Bielawskiej i Julii Ruszkiewicz „Warszawa do wzięcia" z 2009 roku czy Ireny i Jerzego Morawskich „Czekając na sobotę" z 2010 r.).

Gwarancja lepszej egzystencji

W „Dziewczynach do wzięcia" sportretowane zostało uniwersalne i ciągle aktualne zjawisko społeczne. „Chęć życia inaczej" nie jest stanem charakterystycznym tylko dla tamtych czasów. W pułapkę złudzeń wpada wciąż wiele kobiet, które uwierzyły w to, że prawdziwe szczęście musi znajdować się gdzie indziej, poza nimi, poza ich codziennością. Jednym z ekstremalnych przykładów jest zjawisko tzw. wannabes - osób, które chcą za wszelką cenę zaistnieć w świecie medialnym i stać się częścią fantazmatycznej socjety. Inne to fenomen sponsoringu, galerianek czy wreszcie licznych uczestniczek popularnych reality shows z „Warsaw Shore. Ekipa z Warszawy" na czele. Migracje do wielkich miast często postrzegane są jako stuprocentowa gwarancja lepszej egzystencji (jak w „Warszawie do wzięcia"). Stan konta, znane marki i liczba posiadanych przedmiotów są wyznacz nikiem statusu społecznego, a związek z mężczyzną zdaje się jedyną możliwą drogą prowadzącą do spełnienia i stabilizacji. Machinę wyobrażeń napędza z wielką siłą świat wykreowany na potrzeby mediów społecznościowych. To z takimi wyzwaniami muszą mierzyć się współczesne dziewczyny do wzięcia. Zarówno w przypadku dziewczyn do wzięcia sportretowanych przez Kondratiuka, jak i współczesnych, źródło problemu leży w tym samym miejscu. Poczucie niespełnienia wynika często ze źle rozumianej potrzeby awansu społecznego definiowanego z reguły przez stan posiadania, a nie przez świadome bycie. Dodatkowo, poczucie to wiąże się ze stereotypową rolą, jaką kulturowo przypisujemy kobiecości. Bo jakie są w naszej kulturze oczekiwania wobec kobiety, zwłaszcza młodej? Powinna być atrakcyjna, żeby przyciągać uwagę, ale jednocześnie skromna, by nie prowokować. Mieć sprecyzowane cele i myśleć o przyszłości, ale równocześnie podążać utartym szlakiem. A przede wszystkim powinna czekać. Na męża, na dzieci, na rodzinę, na lepsze jutro możliwe dzięki małżeństwu. Podporządkować się, dostosować własne życie do oczekiwań innych, a w konsekwencji dać się uwikłać w rozległą sieć zależności, zatracając tym samym własną podmiotowość i wartość. To właśnie ten zbiór z reguły przeciwstawnych sobie oczekiwań nieustannie wpływał i wciąż wpływa na tysiące młodych kobiet. Przyzwolenie społeczne na ten stan, również ze strony ich samych, uniemożliwia dziewczynom do wzięcia stać się po prostu dziewczynami. Indywidualnymi, niezależnymi osobami, które mają pełną kontrolę nad własnym życiem.

 

 

 

Artykuł był publikowany w lipcowym wydaniu "Newsweek Psychologia Extra 1/17”. Czasopismo dostępne na stronie »

258 karol jachymek

O autorze

dr Karol Jachymek – doktor kulturoznawstwa, filmoznawca. Zajmuje się społeczną i kulturową historią kina (zwłaszcza polskiego) i codzienności, metodologią historii, zagadnieniem filmu i innych przekazów (audio)wizualnych jako świadectw historycznych, problematyką ciała, płci i seksualności, wpływem mediów na pamięć indywidualną i zbiorową, społeczno-kulturowymi kontekstami mediów społecznościowych oraz blogo- i vlogosfery, a także wszelkimi przejawami kultury popularnej. Współpracuje m.in. z Filmoteką Szkolną, Nowymi Horyzontami Edukacji Filmowej, Against Gravity, KinoSzkołą i Filmoteką Narodową – Instytutem Audiowizualnym. Prowadzi warsztaty i szkolenia dla młodzieży i dorosłych z zakresu edukacji filmowej, medialnej i (pop)kulturowej oraz myślenia projektowego i tworzenia innowacji społecznych. Autor książki „Film – ciało – historia. Kino polskie lat sześćdziesiątych”.

9 września w Szwecji odbędą się wybory parlamentarne. Zapewne z tego powodu kraj znów znajdzie się w centrum zainteresowania. Z reguły w takich momentach prezentowany przez media wizerunek jest osobliwie przesadzony: Szwecja ukazywana jest bądź to jako kuszący raj bądź – przeciwnie – jako stanowiący przestrogę przykład. Co ciekawe, te wyobrażenia są starsze niż można sądzić, a przyglądając się ich historii, można dostrzec pewne prawidłowości towarzyszące tworzeniu wizerunku Szwecji. Można też lepiej zrozumieć, jaki kraj tak naprawdę kryje się za doniesieniami mediów. O wyborach w Szwecji opowie Gabriel Stille, lektor języka szwedzkiego w Katedrze Skandynawistyki Uniwersytetu SWPS. Tekst na język polski przetłumaczyła dr Małgorzata Kłos z Uniwersytetu SWPS.

No to co, że ze Szwecji

Szwecja to sąsiad Polski, wiele osób ma tam krewnych lub było tam na wakacjach. Niektórzy kiedyś tam pracowali lub znają kogoś, kto to robił. Śledząc wiadomości i komentarze z różnych źródeł, można więc dostrzec, na jak złożony obraz się składają; można też samemu zdecydować, które z elementów tego obrazu są prawdziwe. Jednak nawet w Polsce, której mieszkańcy mają możliwość, by wyrobić sobie całkiem realistyczne spojrzenie na swojego północnego sąsiada, można zauważyć, że wizerunek Szwecji jest wyjątkowo spolaryzowany.

Z jednej strony mamy „Dobrą Szwecję” – utopię, w której rządzi umiar i o której bajkowo piękną naturę dbają życzliwi, segregujący odpady obywatele. Panuje w niej dobrobyt, a innowacyjne przedsiębiorstwa współegzystują z rozbudowaną siecią opieki socjalnej. Wizerunek Dobrej Szwecji bazuje też na micie idyllicznej Skandynawii zamieszkałej przez Wikingów i elfy – mit ten przewija się nie tylko w kulturze wysokiej, ale i w literaturze dziecięcej czy podróżniczej. Z drugiej strony jawi się nam „Zła Szwecja” – kraj, w którym imigracja doprowadziła do załamania systemu, przemocy i degrengolady, na które reakcją jest szwedzka naiwność i poprawność polityczna. To, który z tych wizerunków wydaje się bardziej prawdopodobny (o ile którykolwiek), zależy oczywiście od odbiorcy, jego wiedzy o Szwecji i politycznych przekonań.

W tym kontekście nie można pominąć szwedzkich kryminałów, które zdają się kusić czytelników właśnie tym rażącym kontrastem pomiędzy idyllą a czyhającym w ukryciu niebezpieczeństwem. Ten chwyt od dawna należał do podstawowych składników sukcesu skandynawskiej literatury kryminalnej. Dobra Szwecja kusi, Zła – studzi zapał, i właśnie to jaskrawe zestawienie przyciąga. Nic dziwnego, że Północ dostarcza inspiracji pisarzom, ale i dziennikarze, komentatorzy i, rzecz jasna, politycy znajdują tam sporo dla siebie.

Dlaczego właśnie Szwecja? Dlaczego akurat ten kraj tak łatwo wykorzystuje się jako retoryczne exemplum? To pytanie zainteresowało też badaczy; zauważają oni, że walka o wizerunek Szwecji toczyła się – z przerwami – już od okresu międzywojennego. Niektóre motywy pojawiają się nieustannie, bez względu na to, czy Szwecji przyglądają się europejscy sąsiedzi czy Stany Zjednoczone. Można tu przywołać Donalda Trumpa, ale i jednego z jego republikańskich poprzedników – Dwighta D. Eisenhowera.

Wczoraj w nocy w Szwecji

18 lutego 2017 roku Donald Trump, przedstawiając na Florydzie swoją nową, surowszą politykę migracyjną, zapytał publiczność, czy wie, co wydarzyło się wczoraj w nocy w Szwecji:

You look at what's happening in Germany, you look at what's happening last night in Sweden. Sweden. Who would believe this? Sweden. They took in large numbers. They're having problems like they never thought possible. You look at what's happening in Brussels. You look at what's happening all over the world. Take a look at Nice. Take a look at Paris1.

Biorąc pod uwagę kontekst, wiele osób uznało, że chodzi o atak terrorystyczny, taki jednak nie miał wówczas miejsca. Reakcje były ostre: Szwecja złożyła do amerykańskiego Departamentu Stanu oficjalną prośbę o wyjaśnienie, zaś Carl Bildt, były premier i minister spraw zagranicznych Szwecji, zapytał wprost na Twitterze, czy „Donald Trump się ujarał”. W szwedzkich mediach społecznościowych zdziwienie mieszało się z humorem: użytkownicy dopytywali, o co właściwie chodziło. Po pewnym czasie Trump oznajmił, że odniósł się nie do konkretnego wydarzenia z poprzedniego wieczoru a do pokazanego przez Fox News nagrania, na które składał się też wywiad z Ami Horowitz dotyczący wyprodukowanego rok wcześniej dokumentu Sztokholm Syndrome. Całe to zajście oraz szereg konsekwencji, jakie wywołało, dokładnie opisał dziennikarz Paul Rapaciolis w książce: „Good Sweden, Bad Sweden: The Use and Abuse of Swedish Values in a Post-Truth World”.

Dla Donalda Trumpa i jego publiczności Szwecja była jedynie jednym z wielu przykładów wykorzystywanych w dyskusji o amerykańskiej polityce wewnętrznej. Ot, kolejne przemówienie. O dziwo jednak, jak wynika z badań Instytutu Szwedzkiego to właśnie to zdarzenie zaowocowało największą liczbą anglojęzycznych wzmianek o Szwecji w Internecie (w mediach społecznościowych, na forach i stronach z wiadomościami) w roku 20172.

Donald Trump wykorzystał pozytywne skojarzenia związane ze Szwecją („W Szwecji. Kto by w to uwierzył?”) i – o czym podobno, według Rapacioliego, wspominał wcześniej Ambasadorowi Szwecji, Björnowi Lyrwallowi – był świadomy szwedzkich „problemów z imigrantami”. W ten właśnie sposób wypracował swoją figurę retoryczną – Szwecję jako raj utracony.

Samobójstwa

Jeden z poprzedników Trumpa, wojenny bohater Dwight D. Eisenhower, republikański prezydent w latach 1953-1961, pod koniec swojej kadencji także wykorzystał Szwecję jako retoryczny, acz mało precyzyjny przykład. Sięgnął on do krążących wówczas, niezbyt przyjaznych Szwecji opinii mówiących, że w kraju tym samobójstwa są wyjątkowo powszechne:

Only in the few last weeks, I have been reading quite an article on the experiment of almost complete paternalism in a friendly European country. This country has a tremendous record for socialist operation... and the record shows that their rate of suicide has gone up almost unbelievable and I think they were almost the lowest nation in the world for that. Now, they have more than twice our rate. Drunkenness has gone up. Lack of ambition is discernible on all sides.3

Frederick Hale, historyk który opisał tło tej wypowiedzi Eisenhowera, wyjaśnia, że liczba samobójstw w Szwecji rzeczywiście rosła szybko w naznaczonym biedą dziewiętnastym wieku, później jednak ten wzrost znacząco się zmniejszył. W roku 1930, tuż przed tym, kiedy na poważnie ruszyły reformy socjaldemokratów, samobójstwo popełniało 15 na 100.000 osób rocznie. W kolejnych dekadach liczba ta raczej się nie zmieniała. Dla porównania w USA w roku 1932, za Wielkiego Kryzysu, statystyki wynosiły 17,5 na 100.000. W roku 1939, po wprowadzeniu Nowego Ładu Roosevelta – 14,1, natomiast po drugiej wojnie, w 1958 roku, a więc za czasów rosnącego dobrobytu, liczba ta osiągnęła najniższy wynik – 9,8.4 Słowa Eisenhowera miały więc, delikatnie mówiąc, słabe oparcie w faktach. Kiedy dwa lata później, po zakończonej kadencji odwiedził Szwecję, przeprosił za tę fałszywą wypowiedź.

Polityczny środek czy odstępstwo od normy?

Dlaczego jednak Eisenhower sięgnął po przykład Szwecji? Jakie miał on znaczenie? Swoim przemówieniem Eisenhower torował drogę do zwycięstwa w kolejnych wyborach prezydenckich swojemu zastępcy, Richardowi Nixonowi. Nixon miał się w nich zmierzyć z Johnem. F. Kennedym. Odnosząc się do Szwecji, Eisenhower chciał pokazać, jak niebezpieczny jest zwrot w lewo, tym samym kreując siebie oraz Nixona na zwolenników politycznego środka, tzw. „middle-of-the-road”. Dla postępowych Amerykanów Szwecja stanowiła godny naśladowania przykład już od okresu Nowego Ładu, czyli lat 30. Wtedy bowiem po raz pierwszy mówiono o niej jako o „kraju modelowym”. Powojennym republikanom zależało więc na tym, by pokazać, że amerykańska polityka bezpieczeństwa socjalnego z lat 30., pomimo popularnych reform, nie była czymś naturalnym i pożądanym, a jedynie wyjątkiem, zboczeniem z drogi, którą normalnie podążał ich kraj.

„Sweden: The Middle Way (1936)” – tak brzmiał też tytuł ważnej książki autorstwa Marquisa Childsa, zwolennika Roosevelta, który docenił szwedzki pragmatyzm, ducha dążenia do konsensusu oraz to, że Szwecja szukała własnej drogi; drogi, która wiodłaby między dysfunkcyjnym wariantem kapitalizmu naznaczonym krachami na giełdzie a totalną kontrolą państwa nad rynkiem.

Wypowiedź Eisenhowera miała miejsce w połowie pięćdziesięciolecia dzielącego początek lat 30. i koniec lat 70., w którym to okresie, według Davida Östlunda, historyka idei, „Szwedofile” robili wszystko, by rozpromować wszystkie sukcesy szwedzkiego społeczeństwa, podczas gdy „Szwedosceptycy” działali równie aktywnie, starając się obnażyć jego tragiczne błędy.5

Obie strony były jednak przekonane co do tego, że Szwecja to unikatowy przykład. Östlund sugeruje, że to niesamowity sukces gospodarczy sprawił, że ten mały, neutralny kraj prowadzący odmienną politykę znalazł się w tamtym czasie w kręgu zainteresowania. Fakt że to właśnie Szwecja, a nie żaden z pozostałych krajów skandynawskich, Östlund tłumaczy tym, że Szwecja wybijała się jako państwo silne przemysłowo, państwo, które pokonało biedę, przeszło modernizację i urbanizację. W ten sposób stało się symbolem tego, co nowoczesne. Już podczas wystawy w Sztokholmie w roku 1930 temu nowoczesnemu wizerunkowi w sukurs szło zainteresowanie szwedzkim designem i funkcjonalizmem. Zatem na długo przed kreowanym obecnie spolaryzowanym wizerunkiem pojawiały się przedstawienia Szwecji jako kraju, który zarówno kusił, jak i odstraszał wizją przyszłości jakby żywcem wyjętą z powieści Herberta Georga Wellsa.

Szwedzki grzech – kuszący i straszny

Wzór do naśladowania czy symbol upadku? – jak widać w Szwecji już od dawna doszukiwano się symbolu tego, co może przynieść przyszłość, a temat ten zdaje się regularnie powracać. Z politycznego punktu widzenia rozwój ekonomiczny i przemysłowy były bez wątpienia ciekawe, jednak dla zainteresowania Szwecją istotna była też fascynacja tzw. „szwedzkim grzechem”, innymi słowy powszechną rozwiązłością, która, jak sądzono, była następstwem rozwoju gospodarczego i modernizacji. Szwedzkie filmy fabularne ukazujące nagich, wyzwolonych seksualnie młodych ludzi pokazywano na całym świecie, a wzbudzały one zarówno moralne oburzenie, jak i zaciekawienie. Jednocześnie zapoczątkowany wówczas nurt kina szwedzkiego, którego jednym z czołowych przedstawicieli był Ingmar Bergman, sprawił, że świat zaczął patrzeć na Szwedów jako stroniących od siebie nawzajem melancholików. Zagraniczni widzowie sądzili, że tak właśnie wygląda życie na północy.

Spekulacje oparte na tej mieszance fascynacji i przerażenia widać aż nadto wyraźnie w amerykańskim trailerze filmu włoskiej produkcji zatytułowanego „Sweden: Heaven or Hell” z roku 1968.

Sweden: Heaven and Hell (1968) trailer źródło: https://www.youtube.com/watch?v=rDG_h9-oHBw

Współczesnym przykładem tego, jaką moc może mieć wykorzystywanie tego typu klisz, był przypadek pewnego radnego z niewielkiej mieściny Övertornea w północnej Szwecji. Zaproponował on, by godzinne zwolnienie przysługujące raz w tygodniu osobom zatrudnionym przez gminę na dbanie o zdrowie można było wykorzystać również na seks.6 Jego propozycja została odrzucona, zdążyła jednak sprowokować masę artykułów na całym świecie, zaś tekst „Szwecja wprowadza przerwy na seks w godzinach pracy” był jedną z trzech rosyjskojęzycznych publikacji najczęściej udostępnianych w sieci w roku 2017.7 Pomijając tego typu sensacje, trzeba zauważyć, że kwestie seksualności, gender, prokreacji i szeroko rozumianej polityki rodzinnej wciąż są mocno kojarzone ze Szwecją, która dla wielu zdaje się w nich odstawać od innych krajów. Również z tego powodu można się w Szwecji doszukiwać oznak obiecującej bądź strasznej przyszłości.

Polityka tylko wewnętrzna?

Politykom lub komentatorom z reguły łatwiej przemówić do wyobraźni słuchaczy, jeśli powołują się na przykład innego kraju. Frederick Hale, historyk opisujący wspomnianą już wypowiedź Eisenhowera, cytuje w tym kontekście pojęcie Eckarda Kehra: „prymat polityki wewnętrznej”.8 Motyw Szwecji, którą zaczęto postrzegać jako tak odmienną od reszty, to punkt odniesienia, który jest łakomym kąskiem dla polityków wszelkiej maści. Z tego powodu Szwedzi oraz inni, którzy znają Szwecję „od środka”, czują, że w tym tak ochoczo rozpowszechnianym wizerunku coś się nie zgadza. Mogą jednak zadać sobie pytanie: a co jeśli w tych przekazach jest trochę prawdy? Jak zauważa David Östund, kiedy Szwecja przechodziła kryzys ekonomiczny w latach 70., zainteresowanie świata tym krajem przygasło. Jednocześnie, podkreśla Östlund, problemy wywołały dyskusję w samej Szwecji – pojawiło się wiele głosów krytykujących słabe strony ducha modernizmu. Wtedy właśnie w szwedzkim dyskursie pojawiło się pojęcie „inżynierii społecznej”.9

Trzeba dodać, że Szwecja zależy od innych jako kraj mały, z nikim niezwiązany aliansami wojskowymi, o gospodarce bazującej na eksporcie (z którego pochodzi 44% PKB Szwecji).10 Stąd po części wynika duże – czasem podszyte lękiem – zainteresowanie Szwedów tym, co myślą o nich inni. Wbrew tym lękom okazuje się, że pozytywny wizerunek Szwecji, choć czasem podważany, ma się całkiem dobrze, co potwierdza opublikowany przez Instytut Szwedzki raport „Szwecja w nowym świetle”.

Szwedzki „eksperyment”?

Nieważne jak przekonujące są te pełne sprzeczności wizerunki, nieważne jak ciekawy i dynamiczny może się wydawać kontrast między nimi – ten, kto naprawdę chce się dowiedzieć czegoś o Szwecji, musi traktować je z dystansem. Postrzeganie Szwecji jako udanego bądź nie „eksperymentu” narzuca nam wizerunek społeczeństwa kreowanego w uproszczony sposób przez jednego tylko aktora, a taka perspektywa sprawia, że nie dostrzegamy, że historia tak naprawdę kształtuje się w natłoku przeróżnych czynników, w ramach polityki, na którą składają się tarcia między sprzecznymi potrzebami i interesami. I choć koncepcja zakrojonego na szeroką skalę eksperymentu może się wydawać kusząca, o ile tylko przedstawimy go jako udany, to sugeruje ona, że sytuacja w Szwecji podlega czyjejś ścisłej kontroli, a to już zakrawa nieco na teorię spiskową.

Nabranie dystansu do tego typu wizji wymaga wiedzy i pewnej wrażliwości. Nie wystarczy powiedzieć sobie „Nieważne, co mówią te przekazy, ale jak jest naprawdę?”. Owszem, fakty są na wyciągnięcie ręki, ten, kto chce wiedzieć więcej może je przestudiować. Kiedy jednak patrzymy z bliska na inny kraj, natykamy się na informacje, których nie da się zignorować. Łatwo więc nabrać wątpliwości. Jednak jeśli tylko uświadomimy sobie, że obrazy więcej mówią o tym, kto je kreuje, a nie o tym, co przedstawiają, będziemy mogli wraz z badaczami doszukiwać się w nich pewnych wzorców. W ten sposób będziemy mogli zobaczyć, co stoi za nimi, zrozumieć, jak na nas wpływają i w ten sposób wyrobić sobie bardziej kompleksowy wizerunek naszych sąsiadów.

someone

O autorze

Gabriel Stille – dziennikarz, lektor języka szwedzkiego w Katedrze Skandynawistyki Uniwersytetu SWPS mianowany przez Instytut Szwedzki. Na wielu ze swoich akademickich kursów omawia kwestie związane z wizerunkiem Szwecji. Zajmuje się też polsko-szwedzką współpracą kulturalną.

258 mklos

O tłumaczce

dr Małgorzata Kłos – anglistka i skandynawistka, tłumaczka. Naukowo zajmuje się przede wszystkim językoznawstwem historycznym, semantyką i leksyką oraz szeroko rozumianymi zależnościami między językiem i kulturą, w tym zwłaszcza kwestią tabuizacji i eufemizacji. Tłumaczy literaturę szwedzką, w tym m.in powieści Håkana Nessera. Na Uniwersytecie SWPS pełni funkcję p.o kierownika Katedry. Prowadzi zajęcia z gramatyki praktycznej, pisania i przekładu, tendencji rozwojowych języków skandynawskich.

Przypisy

1 Rapacioli (2018): Good Sweden, Bad Sweden: The Use and Abuse of Swedish Values in a Post-Truth World, s. 28.
2 Svenska institutet: Sverigebilden i ett nytt ljus, s 17 ( https://si.se/app/uploads/2018/06/si_sverige_i_ett_nytt_ljus_2018_1.pdf ) [på svenska].
3 Rapacioli (2018), s 33 (citatet ursprungligen från New York Times, 28 juli 1960).
4 Hale (2003): Challenging the Swedish Social Welfare State: The Case of Dwight David Eisenhower, s. 64.
5 Östlund (2014): Laissez-faire under a bell jar: Marquis Childs and the Sweden-fad of the Roosevelt Era.
6 "Swedish Town Rejects Proposal to Grant Sex Leave to Workers", New York Times, 18 maj 2017 ( https://www.nytimes.com/2017/05/18/world/europe/sweden-sex-leave-town.html )
Instytut Szwedzki, s. 21.
8 Hale (2003), s. 58.
9 Östlund (2007), Maskinmodernitet och dystopisk lycka: Den sociala ingenjörskonstens Sverige, upplaga Huntsford 1971.
10 Instytut Szwedzki, s. 4.

 

 

„Siemano, tutaj Ela i chciałbym Wam powiedzieć dzisiaj jak to jestem głupia za to. Oddałam konto na NK i chcę teraz je zwrócić. Mieliśmy się tylko wymienić [...], a osoba... Powiedzieliśmy sobie loginy i hasła i ja powiedziałam prawdziwy, a on – fałszywy” – mówi przez łzy wyraźnie zdenerwowana Ela, ośmioletnia, początkująca youtuberka, autorka filmu „POMUSZCIE MI ODZYSKAĆ KONTO NA NK proszę”, który kilka lat temu, w 2014 roku, odbił się szerokim echem (nie tylko) w przestrzeni internetu. O jasnych, ciemnych i mrocznych stronach internetu opowie kulturoznawca oraz filmoznawca dr Karol Jachymek z Uniwersytetu SWPS.

„On się nazywa Kamil Fortuniak. Będę mówiła jego imię, bo on to gnój, pantoflarz, nierób, jełop. [...] Youtuberzy, proszę Was, pomóżcie mi. [...] Ja na tych grach miałam... Na pierwszej grze, w „Awatarii”, miałam piętnasty level. W „Wiewiórkach” miałam dziewiąty level. Na „Ostatecznej” to ja miałam jedenasty level, prawie bym miała dwunasty. [...] Strasznie zapracowałam, a tego nie chcę już stracić” – błaga.

Apel ośmioletniej Eli porusza w najprostszy z możliwych sposobów. Oto jesteśmy przecież świadkami ważnego momentu w życiu dziewczynki. Chwili, w której, jak można dojść do wniosku, dotąd rozpoznany przez nią świat prostych zasad i klarownych konsekwencji, uległ daleko idącemu przeformułowaniu. Młoda youtuberka sama ma zresztą tego całkowitą świadomość. „Na przykład dajecie login i hasło prawdziwe, a on daje fałszywe i co robicie? No co? Policja? No przecież sami chcieliście” – stwierdza rezolutnie Ela. „Tam są wszystkie moje dane. Moje sekrety. [...] I jeszcze jak on to ogląda, no to jest mi bardzo go żal. On jest jakimś gnojkiem. Ośmiolatkę oszukać? To jest wstyd!” – szlocha.

Tym, co najbardziej przeraża w zaistniałej sytuacji, nie jest jednak zachowanie wspomnianego przez dziewczynkę, rzekomego Kamila Fortuniaka (lat piętnaście), który, mówiąc najzupełniej wprost, zdecydował się oszukać dziecko. Wygłoszone w internecie, poruszające wyznanie ośmioletniej Eli spotkało się bowiem przede wszystkim z niewyobrażalną wręcz falą hejtu i niewybrednych opinii, jednocześnie prowokując powstawanie kolejnych parodii i przeróbek, chętnie tworzonych przez rozbawioną internetową publiczność. Pod reuploadem filmiku, oryginalny materiał został wszak usunięty ze stron serwisu YouTube, można więc przeczytać chociażby takie oto komentarze: „hahahahahahahahah beka hahahahahahah xDD” (Ola Brzozowska), „Kretynka i tyle” (Asia S.), „Dam ci rade pójdź do sklepu i KUP SOBIE MÓZG albo odwiedź dobrego lekarza” (VooFy), „Z cyklu dlaczego aborcja powinna być legalna ;)” (OesteerTM) czy „1. Idź do łazienki 2. Weź żyletkę 3. U lewej ręki przejedź mocno żyletką po żyle 4. Problem rozwiązany” (Painter)”.

Podobna sytuacja spotkała również dziesięcioletnią autorkę filmu „Jak zostać syreną? H2O”. Tym razem ta młoda youtuberka, fanka serialu „H2O”, ma zwykłe, dziecięce marzenie. Chciałaby zostać syrenką. Zupełnie jak bohaterki jej ulubionego programu. „Dzisiaj nawet chcę być syreną. To chyba niemożliwe, bo ja już próbowałam z internetu różne sposoby i żadna z nich się nie udała” – stwierdza zrozpaczona ku radości komentujących. „No nie wiem, co ze mną się dzieje. H2O, pomóżcie mi. Ja nie mogę nawet, ten, nie mogę być syreną. Ja już noszę go z rok, naszyjnik, prawie i już mi się oberwał. Ja nie mogę jakoś nie wiem. Pomóżcie mi, żeby być syreną. Proszę! Do redakcji to jest. Proszę!” – mówi zdenerwowana. „W H20 mają sztuczne ogony. I to chyba prawda. Bo ja nie mogę się nigdy stać. Czyli nie istniejecie chyba? Ale trochę w Was wierzę, powiem Wam szczerze. Przez Was najadłam się strachu” – powątpiewa w prawdziwość historii przedstawionej w jej ukochanym serialu. „Ja za chwilę na zawał zejdę. Mam dziesięć dopiero lat, a już się denerwuję. Co będzie za osiemdziesiąt?” – rozpacza na oczach kilkumilionowej publiczności.

Nie trzeba nawet dodawać, że także i w jej przypadku przestrzeń internetu nie okazała się najbardziej przyjaznym miejscem. Pod reuploadem oryginalnego filmiku, w maju 2018 roku materiał ten miał już ponad 1599000 obejrzeń, zupełnie przypadkowi użytkownicy sieci zdecydowali się więc na umieszczenie chociażby takich oto komentarzy: „Załóż kąpielówki i pływaj w misce xd Na pewno zadziała...” (Mrówka), „Zrobiłem to co mówiłaś i co? JESTEM KONIEM! KONIEM KURWA! WEŹ TO NAPRAW INACZEJ DO SĄDU!“ (HappyOrange), „Obetnij se nogi i przyłusz se ogon ryby“ (szara myszka MSP), „Ha ha ha ha ha :D Ona ma raka“ (Flotis F5) czy „Idź lepiej do psychola! Coś z głową masz nie tak“ (Niagara 221).

O hejcie w internecie

Hejt w internecie, zwłaszcza w serwisie YouTube, nie jest oczywiście jakkolwiek nowym zagadnieniem. Zjawisko to doczekało się bowiem niezliczonej wręcz liczby różnych opracowań, których autorzy próbowali zgłębić istotę tego fenomenu z punktu widzenia wielu dyscyplin. Mówiąc jednak w skrócie: hejt to nic innego, jak tylko mowa nienawiści mająca miejsce w przestrzeni internetu. Do jego głównych przyczyn można natomiast zaliczyć (pozorną) anonimowość i brak bezpośredniości, trudności w radzeniu sobie z własnymi emocjami i frustracjami, uprzedzenia i stereotypy nieustannie funkcjonujące w naszych umysłach, poczucie zagrożenia i chęć udowodnienia swojej pozycji społecznej, łatwość w przyjmowaniu różnego rodzaju ról, samą specyfikę komunikacji internetowej (często przecież jednostronnej i nienastawionej na dialog), a nawet, w gruncie rzeczy, najzwyklejszą w świecie zazdrość. Dlaczego jednak to właśnie dzieci umieszczające filmiki na portalu YouTube, nawet jeśli zupełnie przypadkowe i nieporadne, spotykają się z aż tak silną mową nienawiści?

„Badania pokazują konsekwentnie, że im więcej aktywności podejmuje dziecko, tym bardziej narażone jest na różnego rodzaju zagrożenia. W związku z tym, że nie aż tak wiele młodych osób dochodzi do tej drabiny umiejętności, żeby osiągnąć sukces na YouTube’ie, te, którym się to udało, tym częściej muszą mierzyć się z tego typu reakcjami. Choć trzeba podkreślić, że mimo iż wiele dzieci jest zagrożonych cyberprzemocą, nie wszystkie reagują na nią w taki sam sposób i ponoszą za nią takie same konsekwencje. Bardziej narażone są na nią dzieci, które trudniej radzą sobie z tego typu problemami również w życiu pozacyfrowym. Jednakże wszystkie z nich jednakowo muszą być przygotowane na taki właśnie scenariusz” – mówi Aldona Zdrodowska, psycholog mediów z Laboratorium Interaktywnych Technologii OPI PIB. „Proszę jednak pamiętać, że cyberagresja to po prostu agresja. W tym kontekście nie można mówić przecież tylko o wpływie technologii. Powinno mówić się przede wszystkim o nieprawidłowości w kontaktach społecznych, w relacjach pomiędzy ludźmi” – zaznacza.

Biznes, który sam się nakręca

Obecność dzieci i młodzieży w serwisie YouTube ma też jednak swoją inną, w pewnym sensie dużo bardziej pozytywną, a na pewno (dużo) mniej niebezpieczną stronę. Na portalu tym coraz większą oglądalność zyskują bowiem profesjonalne kanały kilku- i kilkunastoletnich youtuberów, które w ostatnich latach zaczynają cieszyć się ogromną wręcz popularnością pośród użytkowników serwisu, a ich prowadzący stają się idolami, (pozytywnymi) bohaterami dla swoich widzów i, jednocześnie, rówieśników (mimo iż, co oczywiste, w dalszym ciągu borykać się oni muszą z nieustannie spotykającym ich hejtem i mową nienawiści). Na swoich stronach recenzują oni zabawki, pokazują, jak tworzyć proste przedmioty, bawią się, grają w gry komputerowe, czy, zupełnie jak inni vlogerzy, opowiadają o swoim życiu codziennym. Realizowane przez nich materiały wideo zupełnie nie są jednak amatorskie. To w pełni przemyślany biznes. Wynika to m.in. stąd, że treści dla młodszych użytkowników stanowią współcześnie coraz szybciej rozwijający się i coraz bardziej profesjonalny segment serwisu YouTube, związany z ogromną strefą wpływów, niekłamanym sukcesem i, co chyba najważniejsze, sporymi zyskami. Dobrym tego przykładem jest chociażby kanał obecnie niespełna trzynastoletniego Evana – EvanTubeHD, prowadzony przez niego od września 2011 roku, który w maju 2018 roku osiągnął poziom 5,3 milionów subskrypcji, zdobywając przy tym wielomilionowe dochody (zarówno dzięki podejmowanym współpracom, jak i youtubowej oglądalności jako takiej)1.

Młodzi youtuberzy i youtuberki w Polsce

Warto zaznaczyć, że również w Polsce ten „YouTube dla najmłodszych” rozwija się całkiem prężnie (choć jeszcze, co oczywiste, nie można mówić o tak wielkiej skali, jaką udało się osiągnąć kanałowi Evana). Kilku- bądź kilkunastoletnimi idolami polskiego internetu są zatem m.in. czuuX (399 tysięcy subskrypcji), Hejka tu Lenka (372 tysiące subskrypcji), Cookie Mint (343 tysiące subskrypcji), Mela Modela (262 tysiące subskrypcji), PusheenGirl (252 tysiące subskrypcji), Milo Mazur (159 tysiące subskrypcji), ZwariowanyMarcin (132 tysiące subskrypcji), Mateo (129 tysięcy subskrypcji), Playson (109 tysięcy subskrypcji), Zabawy Euzebiusza (94 tysiące subskrypcji), Torcio (85 tysięcy subskrypcji), Marcel Mazur (62 tysiące subskrypcji) czy Marcelek (35 tysięcy subskrypcji). To oczywiście tylko niewielki wybór rodzimych kanałów prowadzonych przez młodych youtuberów i youtuberki. Ponadto na wszystkich z nich prezentowane są bardzo różnorodne treści – od radosnych relacji ze spotkań z przyjaciółki i daily vlogów, poprzez zapisy z gier wideo, po, dużo mniej pozytywne, pranki. Nie zmienia to jednak faktu, że ich obecności w internecie nie sposób już w żadnym razie zignorować. To rosnący w siłę, coraz bardziej widzialny segment polskiej vlogosfery, związany ze sporym kapitałem i dużą popularnością. Młode gwiazdy YouTube’a, często przy pomocy rodziny i rodziców, coraz bardziej świadomie budują więc swoje kariery, a do współpracy czy wspólnych rozmów coraz łatwiej udaje im się namówić ich „starszych kolegów” i „starsze koleżanki” z serwisu, jak choćby Krzysztofa Gonciarza, stylizacjeTV, Hejłobuzy czy Kameralnie. Dość powiedzieć, że bezpośrednią przyczyną tego wyraźnie zwiększającego się zainteresowania „starszyzny” młodszymi youtuberami jest chociażby fakt, że młodzi użytkownicy internetu stanowią współcześnie znaczną grupą odbiorców ich kanałów. Tego potencjału nie można więc ignorować.

Nie dziwi zatem, że na to ogromne zapotrzebowanie musiał odpowiedzieć także rodzimy rynek wydawniczy. W 2018 roku w polskich księgarniach, nakładem wydawnictwa HELION, ukazało się bowiem polskie tłumaczenie książki „Zostań gwiazdą YouTube’a. Twórz najlepsze filmy wideo! Dla młodych bystrzaków”2 autorstwa Nicka Willoughby – nauczyciela, jak głosi okładka, prowadzącego warsztaty produkcji filmowej dla młodzieży (książka w języku angielskim wydana została po raz pierwszy w 2015 roku). Na 128 stronach publikacji można więc dowiedzieć się m.in., jakiego sprzętu najlepiej używać do realizowania dobrej jakości filmików, jak efektywnie przygotować scenariusz, plan zdjęciowy i ustawić kamerę, jak odpowiednio zarządzać ekipą i być sprawnym reżyserem, co to znaczy dobry montaż, a także w jaki sposób udostępniać materiały wideo w sieci. „Chcesz zostać kolejną gwiazdą serwisu YouTube? Czy gdy oglądasz materiały wideo z tego serwisu, nie myślisz sobie: „Też mogę to zrobić!” lub: „Bardzo chcę zrobić coś takiego!”? Jeżeli tak, to wybrałeś właściwą książkę!” (s. 6) – jak czytamy we wstępie.

Szczególnie interesujące są jednak fotografie umieszczone na łamach wspomnianej publikacji. Uśmiechają się z nich bowiem mniej więcej jedenasto-, dwunastoletni modele i dwunastoletnie modelki – co oczywiste, przyszłe gwiazdy serwisu YouTube. Trzymają w rękach kamery, pozują na planie zdjęciowym, patrzą na nas z ekranów, mówiąc w skrócie – uczą profesjonalnej realizacji materiałów wideo. Mimo iż na pierwszy rzut oka ta selekcja zdjęć przedstawiających młodych filmowców i filmowczynie jest dość jednorodna, pod względem ich wieku trudno się temu wyborowi dziwić. To właśnie do tej grupy przede wszystkim skierowana jest książka. „Filmy udostępniane w serwisie YouTube są tworzone przez miliony ludzi na całym świecie. Możesz być jednym z nich! Wystarczy wykazać się odrobiną twórczego myślenia i nakręcić jakiś interesujący materiał wideo” – obiecuje Nick Willoughby (s. 6). „Czy chcesz zostać gwiazdą serwisu YouTube? Dzięki lekturze tej książki dowiesz się, jak realizować materiały wideo, udostępniać je w internecie. Filmuj swoim telefonem lub kamerą, montuj nagrane fragmenty, dodawaj efekty i zdobądź wielu fanów” – dodają wydawcy na tylnej okładce.

Fikcja vs. real

Warto więc zapytać, czy zostanie gwiazdą serwisu YouTube jest rzeczywiście aż tak bardzo proste? Czy każdemu naprawdę udaje się zdobyć prawdziwą rzeszę wiernych i oddanych fanów? „Nie ma prostego przepisu na sukces na YouTube. Obecnie, gdy mamy tak wiele popularnych kanałów, nowi twórcy mają znacznie trudniejsze zadanie. Muszą zaskoczyć widzów, pokazać coś nowego, świeżego, nie mogą być tylko kolejną kopią lubianych youtuberów. Na pewno kilka rzeczy może nam jednak pomóc, jeżeli chcemy dołączyć do grona gwiazd. Pierwsza z nich to naturalność. Trzeba robić to, co się naprawdę lubi, co wynika z zainteresowań, pasji, wrodzonego talentu. Wszystkie przejawy sztuczności czy grania pod publiczność będą zauważone przez odbiorców” – mówi Lidia Rudzińska-Sierakowska, medioznawczyni z Uniwersytetu SWPS. Dlatego właśnie tak wielka liczba profesjonalnych dziennikarzy, prezenterów, artystów i innych osobowości medialnych nie poradziła sobie w serwisie YouTube. „Ich kanały wcale nie zyskały popularności, mimo że mieli potrzebny warsztat, sprzęt i umiejętności. Brakowało im jednak właśnie serca do tego, co robią, traktowali kanał jak kolejny zawodowy projekt. Warto też uzbroić się w cierpliwość, nie można rezygnować po kilku filmach, których liczba wyświetleń będzie bliska zeru, regularne publikowanie i wysoki poziom każdego filmu pomoże zdobyć subskrybentów. Należy pamiętać także o tym, dla kogo robimy nasze filmy, starać się zbudować społeczność, nawiązywać relację z widzami i znaleźć oryginalny styl. Nie można chować się za kamerą, budować wokół siebie muru. Youtuber, nawet ten, który już zdobył popularność, musi być blisko swoich widzów” – stwierdza.

Co jednak spowodowało, że YouTube jest aż tak bardzo popularny wśród młodych widzów? Jedną z przyczyn tego ogromnego zainteresowania na pewno jest wspominana już przed momentem (często pozorna) bliskość i bezpośredniość, które niewątpliwie leżą u podstaw wizerunku konstruowanego przez chętnie oglądanych youtuberów. Jednakże czy tylko te aspekty są szczególnie istotne w przestrzeni serwisu? „YouTube jest atrakcyjny dla młodych, bo jest wszechstronny, każdy znajdzie tam coś dla siebie, niezależnie jak niszowe są jego zainteresowania lub jak oryginalne ma poczucie humoru. Nie ma tematów tabu, cenzury i politycznej poprawności. Dla wielu młodych widzów youtuberzy są przyjaciółmi, oferują wsparcie w trudnych chwilach – pozwalając za pomocą swoich filmików oderwać się od trudnej rzeczywistości. Są dostępni dla swoich widzów zawsze wtedy, gdy są potrzebni, bo regularnie publikują i trzymają kontakt ze swoją społecznością. Nie bez powodu popularne jest zdanie: „nie wszyscy superbohaterowie muszą nosić peleryny, niektórym wystarczą tylko słuchawki”, które odnosi się do twórców kanałów typu let’s play. Zdarza się, że mają oni wielki wpływ na swoich widzów i pomagają im właśnie przez to, że są zawsze, że są stałym elementem ich życia i tworzą wokół siebie społeczność, w której młodzi odbiorcy czują się zrozumiani” – tłumaczy medioznawczyni.

Nie ulega jednak wątpliwości, że ta siła autorytetu, którym cieszą się obecnie youtuberzy, często wydawać się może bardzo zaskakująca. Co bowiem buduje ich wiarygodność? Jakie mechanizmy odpowiadają za naszą skłonność do ulegania ich wpływowi? Po pierwsze może ona wynikać z efektu (pozornej) bliskości i (całkiem rzeczywistej!) sympatii, którą ich darzymy. Niczym inżynier Mamoń z filmowego „Rejsu” „lubimy melodie, które już raz słyszeliśmy”. Lubimy więc ludzi, którzy przez wiele godzin patrzyli nam w oczy i opowiadali z ekranu o swoim życiu, przynajmniej na pierwszy rzut oka, osobistym. Psychologia nazywa to efektem „czystej ekspozycji” – oceniamy pozytywnie to, co oswojone i bezpieczne. Skoro ktoś jest nam bliski, to jego poglądy zaczynają mieć dla nas znaczenie. Jest ono tym większe, że w sprawach, w których nie jesteśmy ekspertami, złożonych, trudnych i nieoczywistych, nie mamy narzędzi pozwalających nam na ocenienie wiarygodności źródła informacji. Substytutem oceny merytorycznej zaczyna być zatem ocena społeczna. Ja mogę się mylić, ale czy mogą mylić się tysiące czy miliony ludzi oglądających wraz ze mną ten sam kanał? Sława jest tanim i bardzo łatwo mierzalnym substytutem dla pomiaru kompetencji czy wiedzy.

Zasygnalizowana zmiana w myśleniu o autorytetach wyraźnie wpłynęła chociażby na współczesne modele komunikacji marketingowej. Dla przykładu nieprzerwanie rozwijającym się trendem jest obecnie tzw. influencer marketing, polegający na współpracy szeroko rozumianych firm z (popularnymi) blogerami, vlogerami, właścicielami poczytnych kont w mediach społecznościowych czy innymi gwiazdami internetu. Jest on szczególnie skuteczny w grupie najmłodszych konsumentów, a jego największą zaletą jest spora autentyczność i wiarygodność prowadzonej komunikacji (porównując na przykład do klasycznej reklamy). W konsekwencji wiąże się on przede wszystkim z dużo większym zaangażowaniem odbiorców, którzy ufają przecież swoim internetowym idolom. Z tego mechanizmu skrzętnie korzystają również najmłodsi youtuberzy, do których coraz częściej zgłaszają się firmy z prośbą o marketingową współpracę. Monetyzują oni zatem swoją popularność i reklamują w swoich filmikach m.in. zabawki, materiały piśmiennicze, żywność i wiele, wiele innych produktów czy usług. Na ile jest to jednak działanie w pełni etyczne? Czy wiążę się ono ze świadomym wyborem najmłodszych youtuberów? Kto w rezultacie odnosi na tym większą korzyść? To tylko część pytań, które pojawiają się w naszych głowach w kontekście tego tematu. Niemniej mimo wszystko także na tym przykładzie widać wyraźnie, choć to oczywiście wielki truizm, że internet rzeczywiście odgrywa współcześnie niebagatelną wręcz rolę w życiu młodych ludzi.

Świat młodych internetem podszyty

Według ogólnopolskiego badania „Nastolatki 3.0” przeprowadzonego we wrześniu 2016 roku przez instytut badawczy NASK, podległy pod Ministerstwo Cyfryzacji, na grupie młodzieży gimnazjalnej i ponadgimnazjalnej aż 93,4 proc. badanych korzysta codziennie w domu z internetu, a 30 proc. nastolatków pozostaje w sieci niemal bez przerwy, będąc nieustająco on-line. 52,8 proc. ankietowanych nie używa w ogóle w domu komputera stacjonarnego, a do bycia w internecie wykorzystuje przede wszystkim telefony komórkowe, tablety i laptopy (31,3 proc. młodzieży odpowiedziało, że ze smartfonów korzysta ponad 5 godzin dziennie). 78,1 proc. nastolatków codziennie loguje się do mediów społecznościowych, 94,6 proc. z badanych osób ma na nich swoje profile (najczęściej publikowanymi przez nich treściami są własne zdjęcia oraz filmy), a jednymi z najbardziej popularnych stron internetowych w tej grupie są m.in. Wikipedia, Google oraz YouTube (na którą to stronę wchodzi codziennie 35,1 proc. uczniów). 82 proc. ankietowanych przyznaje się zaś do tego, że korzysta z internetu dłużej niż pierwotnie udało im się założyć, przede wszystkim komunikując się z jego pomocą ze znajomymi (68,7 proc. codziennie), słuchając muzyki i oglądając filmy (68,2 proc. oraz spędzając czas w serwisach społecznościowych (78,1 proc.).

Natomiast według badania Gemius/PBI pośród pięciu najczęściej odwiedzanych w Polsce domen, z których korzysta najwięcej (wszystkich) internautów w kwietniu 2018 roku znalazły się: 1. google.pl (25 591 028 internautów), 2. facebook.com (21 920 749 internautów), 3. google.com (21 269 217 internautów), 4. youtube.com (19 919 288 internautów) i 5. onet.pl (17 072 2014 internautów).

Jeszcze bardziej interesujące dane przyniosło badanie przeprowadzone pomiędzy 7 marca a 10 kwietnia 2018 roku przez Pew Research Center na reprezentatywnej próbie amerykańskich nastolatków powyżej trzynastego roku życia. Wynika z niego bowiem, że najpopularniejszą stroną internetową/aplikacją pośród badanej młodzieży jest YouTube. Korzysta z niego aż 85 proc. ankietowanych. Największe straty od 2015 roku odnosi natomiast portal społecznościowy Facebook. Obecnie używa go już tylko 51 proc. nastolatków, dla których znacznie bardziej atrakcyjnymi przestrzeniami w internecie są dziś już Instagram (72 proc.) oraz Snapchat (69 proc.). Ten dobry wynik serwisu YouTube powinno się uznać za niezwykle znaczący. Mimo iż strona ta nie należy do najnowszych, powstała już przecież kilkanaście lat temu, niewątpliwie i nieustająco stanowi swego rodzaju wyznacznik zachodzących wokół nas przemian medialnych, w dalszym ciągu oferując treści atrakcyjne dla młodych użytkowników (jak choćby kanały prowadzone przez lubianych przez nich youtuberów). Z przeprowadzonego badania wynika ponadto, że aż 45 proc. ankietowanych przebywa w Internecie nieustannie, 44 proc. zaś łączy się z nim kilkanaście razy dziennie. 95 proc. młodych ludzi ma zaś dostęp do smartfonów. Jakie pozytywne i negatywne skutki może nieść zatem ze sobą ta nieustająca wręcz obecność (nie tylko) dzieci i młodzieży w sieci?

Jasna i ciemna strona mocy

„Nie sposób jest wymienić wszystkich korzyści wynikających z dostępu do internetu. Wskazuje na to z resztą sam język – w internecie bardziej się „jest” niż się go „używa”. Staje się on uzupełnieniem czy też częścią rzeczywistości, w której uczymy się, spotykamy innych, rozmawiamy, poznajemy świat, szukamy rozrywki czy porad. Stwierdzenie to w równym stopniu, co dorosłych, dotyczy również dzieci i młodzieży. Oczywiście internet ma, podobnie jak rzeczywistość niecyfrowa, swoją bardziej mroczną stronę. Co istotne, sam fakt przebywania w sieci, nawet przez bardzo wiele godzin dziennie, nie stanowi żadnego niepokojącego sygnału. Problematyczne używanie internetu definiowane jest bowiem w kategoriach negatywnych konsekwencji: stresu, objawów „odstawienia”, obsesyjnego myślenia o aktywnościach online i, to często najbardziej niepokojący sygnał, tendencji eskapistycznych, czyli sytuacji, gdzie zanurzenie w rzeczywistości wirtualnej ma pozwolić stłumić czy też odciąć się od trudnych emocji” – komentuje dr Maksymilian Bielecki, psycholog z Centrum Innowacji Uniwersytetu SWPS.

O negatywnych aspektach serwisu YouTube i obecności młodych użytkowników w internecie jako takim w ostatnich miesiącach mówi się najwięcej bodaj w kontekście popularnych patostreamerów, czyli youtuberów transmitujących na żywo wulgarne, niecenzuralne, patologiczne i przesycone szeroko rozumianą przemocą treści. Gural, DanielMagical, Rafatus, Rafonix, Mahonek, Bystrzak TV – to m.in. tym kanałom prowadzonym przez tych właśnie twórców internetowych udało się zdobyć wielotysięczną oglądalność i olbrzymią popularność, w tym także pośród niezwykle młodej, publiczności. Wszystkie one odbiły się ponadto szerokim echem w polskiej debacie medialnej, stając się gorącym tematem dyskusji na temat ciemnych stron funkcjonowania i korzystania z sieci. Dlaczego jednak chcemy oglądać te, na pierwszy rzut oka, odpychające materiały filmowe (ukazujące chociażby libacje, kłótnie, wulgarny język, hejt czy różnego rodzaju przemocowe zachowania)? Co zatem powoduje, że kanały z patostreamami cieszą się tak ogromnym zainteresowaniem (nie tylko) młodych widzów w internecie?

Fenomen patostreamów

„Co skłania nas do oglądania tego rodzaju treści? Wszelkie uogólnienia będą tu pochopne. Patrzymy z perspektywy lepszego i mądrzejszego”, co pozwala nam poczuć się lepiej. Patrzymy z ciekawości – na to, co nieznane czy wręcz egzotyczne. Istotny jest też konformizm dodatkowo amplifikowany przez mechanizmy funkcjonowania platform takich jak YouTube czy Facebook. Algorytmy wybierają treści, które są popularne i oglądane przez naszych znajomych. Jeżeli zjawisko jest komentowane, to trzeba coś o nim wiedzieć. Więc klikamy i oglądamy – nawet jeżeli towarzyszy temu poczucie winy czy wręcz pewnego zażenowania” – tłumaczy dr Maksymilian Bielecki. Co jednak ważne, patostreamy stanowią przeniesienie do świata wirtualnego zjawisk, które obecne były w stosunkach rówieśniczych od zawsze. Anonimowość nasilająca agresję, wyśmiewanie, stereotypizacja czy bullying nie narodziły się w internecie. „Obarczanie technologii odpowiedzialnością za pojawianie się okrucieństwa (czy nawet zła) w życiu społecznym jest gestem kuszącym, ale w gruncie rzeczy infantylnym. Istotne jest tu raczej uświadomienie sobie specyfiki i lepsze zrozumienie natury tych procesów. Na przykład refleksja nad ich nieprzewidywalną, «wiralową» dynamiką i jej konsekwencjami” – dodaje psycholog.

Rzeczywiście, wielka popularność patostreamów obnażyła szereg ciemnych stron i atawizmów charakterystycznych dla naszego bycia w przestrzeni internetu (nie tylko zresztą najbardziej oczywistą w tym kontekście potrzebę podglądactwa i przekraczania obyczajowych granic). Warto jednak podkreślić, że w pewnym momencie zaczęły one również powszechnie funkcjonować jako swego rodzaju poświadczenie łatwości, z jaką można zbudować swoją karierę w serwisie YouTube, stając się chociażby dowodem na to, jak niewielki wysiłek trzeba włożyć, żeby zdobyć ogromną wręcz rzeszę wiernych widzów. Nie dziwi więc, że przeciwko patostreamom zaczęli protestować profesjonalni twórcy internetowi, przez lata świadomie budujący swoje kariery i mozolnie zdobywający rozgłos nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Bez wątpienia najgłośniejszym tego przykładem jest apel SA Wardęgi, jak dotąd najczęściej subskrybowanego polskiego youtubera, który publicznie i z całą stanowczością zaprotestował przeciwko działalności polskich patostreamerów. Protest SA Wardęgi sprowokowany został działaniami wspomnianego już Gurala, który podczas swoich streamów m.in. przekonywał swoje nastoletnie fanki do obnażania się i uprawiania z nim seksu, a także namawiał do nienawiści i przemocy ze względu na szeroko pojętą inność (jego ofiarą padł chociażby inny dość popularny youtuber – Gracjan Roztocki).3

„Większość z Was słyszała pewnie, że od roku na YouTube’ie bardzo dynamicznie rozwijają się kanały patologiczne, ludzie piją na nich alkohol, kłócą się i upadlają, a wszystko to dzieje się przy uciesze śledzących ich obserwatorów, bardzo często nieletnich. YouTube z nieznanych powodów nie banuje tych kanałów, a ich rosnąca popularność sprawiła, że algorytmy automatycznie wyświetlają ich transmisje live coraz większej ilości młodych ludzi. Jednak wraz ze wzrostem popularności rośnie również pycha i pewność siebie, a streamerom przesuwają się granicę, pokazując ich prawdziwą, mroczną stronę” – przekonywał SA Wardęga w filmiku, który zamieścił 18 marca 2018 roku na swoim fanepage’u na portalu społecznościowym Facebook. „PatoStreamerzy atakują niewinne osoby na videochatach, nakłaniają nieletnich do rajdów i wyzywania innych twórców, a po kilkugodzinnej transmisji live usuwają zapis z kanału i youtube nie widzi w tym wtedy żadnego problemu. Z drugiej strony yt nagminnie blokuje kanały, które mówią o polityce, problemach społecznych (np. uchodźcy) czy religii. Co się dzieje z tym portalem?“ – pytał w poście zamieszczonym pod materiałem.

Apel SA Wardęgi w konsekwencji odniósł jednak skutek. W marcu 2018 roku, po szerokiej dyskusji medialnej dotyczącej działalności patostreamerów, Gural został zatrzymany przez policję. Bezpośrednią przyczyną zatrzymania były, co oczywiste, jego skrajnie patologiczne transmisje, w których 21-letni streamer namawiał swoje nastoletnie widzki do kontaktów seksualnych za pieniądze oraz do rozbierania się przed kamerą, a także w których padały liczne groźby karalne. Warto jednak zauważyć, że słowa SA Wardęgi ujawniły jeszcze jedną, niezwykle palącą kwestię, szczególnie istotną w kontekście młodych użytkowników serwisu YouTube. Zwróciły one bowiem uwagę na swoistą „nieporadność” tego portalu względem umieszczanych w nim patostreamów, jak też na brak skutecznych i jednorodnych rozwiązań systemowych związanych z transmitowaniem tego typu treści. Co ciekawe, wątpliwości SA Wardęgi dotyczące funkcjonowania serwisu YouTube i braku konsekwentnie stosowanych, legislacyjnych regulacji nie były oczywiście odosobnione. Chociażby w 2017 roku Paweł Zastrzeżyński, m.in. dziennikarz Telewizji Republika, wystosował list otwarty do Premier Beaty Szydło. List ten był jego oddolną reakcją na jeden z popularnych patostreamów, którego (rzekomo) wielomilionowa publiczność, w tym liczna grupa uczestniczących w nim dzieci i młodzieży, wspólnie brała udział w swego rodzaju spektaklu wywoływania duchów, które to zachowanie, jak pisał, jego zdaniem szargało dobre imię prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wartości związane z tysiącletnią tradycją chrztu Polski, a także szydziło z katastrofy smoleńskiej.

„Należy przeciwdziałać temu zjawisku w chwili, gdy jest jeszcze ono na etapie rozwoju. Trzeba to przerwać! Można zrobić odniesienie do historii, gdy młodzież w Niemczech wybijała szyby i malowała swastyki, z tego wyrósł faszyzm. Dziś takim zagrożeniem i nowym zalążkiem trzeciego totalitaryzmu po faszyzmie i komunizmie może być bezpośrednio okultyzm i anarchia. Jesteśmy już świadkami tego w ostatnich wydarzeniach za naszą zachodnią granicą. Właśnie te postawy są wynikiem komunikacji, która rozlewa się w transmisjach nadawanych w internecie. Przekazach absolutnie pozbawionych kontroli, choćby takiej jakie piastuje KRRiT nad publicznymi nadawcami. Proszę rozważyć ten problem zwłaszcza w nowej ustawie dotyczącej Mediów Narodowych. W obecnej zupełnie dziewiczej sytuacji dla formy i przekazu treści, pominięcie przekazu internetowego zwłaszcza YouTubowego Streama byłoby zaniechaniem, które w młodym społeczeństwie miałoby nieodwracalne skutki“ – przekonywał w swoim liście Premier Beatę Szydło.

Przywołane powyżej słowa Pawła Zastrzeżyńskiego należy oczywiście uznać za mocno dyskusyjne. Wynikają one bowiem przede wszystkim z politycznych zapatrywań dziennikarza, w pierwszej kolejności zwracając uwagę swoją bezsprzecznie ideologiczną wymową. W zestawieniu z wypowiedzią SA Wardęgi apel ten ujawnia jednak szczególnie kluczowy problem, z jakim borykamy się w dzisiejszych czasach. Jest nim mianowicie w gruncie rzeczy brak wyraźnie zdefiniowanych i jednakowo egzekwowanych rozwiązań, które mogłyby uchronić (nie tylko) młodych użytkowników przed dostępem do patologicznych treści zamieszczanych w przestrzeni internetu. Warto wobec tego zapytać, czy systemowa ochrona przed patostreamami jest współcześnie jakkolwiek możliwa? A jeśli tak, to, co chyba jeszcze ważniejsze, czy nie zagrażałaby ona przy tym jednocześnie wolności słowa?

„Nigdy wolność słowa w żadnym medium nie była rozumiana w sposób absolutny. Internet jest pod tym względem bardzo ciekawym przykładem. O ile bowiem inne media są nieustająco kontrolowane pod tym kątem, o tyle sieć nie doczekała się precyzyjnych regulacji. Nie ze względu na kwestie techniczne. Dużo większym wyzwaniem jest chociażby to, że internet jest medium międzynarodowym, a prawo działa przecież w obrębie jednego państwa. Warto zaznaczyć, że prawo zna regulacje, które dość jasno definiują granice wolności słowa. Są nimi na przykład mowa nienawiści, naruszanie godności osobistej, nawoływanie do przestępstwa i inne tego typu zjawiska. Zatem patostreamerzy jako tacy nie są zupełnie bezkarni, co pokazuje zresztą casus Gurala – mówi Karolina Szczepaniak, edukatorka i koordynatorka projektów IT z Centrum Cyfrowego.

Prawdziwy problem leży jednak zupełnie gdzie indziej. Zanim zostaną uruchomione narzędzia prawne, patologiczne materiały wideo przez jakiś czas funkcjonują przecież w sieci i, tym samym, oddziałują na dzieci i młodzież. „To nie jest tak, że YouTube nie ma narzędzi, żeby zająć się tym problemem. Pojawia się jednak pytanie, czy ma w tym interes? Filmy z naruszeniem praw autorskich są przecież bardzo szybko usuwane ze stron serwisu, a publikujące je kanały, po kilku ostrzeżeniach, zawieszane. Dlaczego więc tego rodzaju mechanizmy nie mogą zostać uruchomione w kontekście kanałów patostreamerów i transmitowanych przez nich patologicznych treści. YouTube nie boi się podejmować natychmiastowych rozwiązań w przypadku łamania praw autorskich. Dlaczego zatem wciąż brak jednoznacznego scenariusza dotyczącego działalności patostreamerów? Cóż więc powiedzieć. Musi to być w gruncie rzeczy decyzja. Szeroko pojęta decyzja polityczna” – zauważa Szczepaniak.

Bezradność Youtube’a, czyli o kolosie na glinianych nogach

Należy oczywiście podkreślić, że patologiczne treści zamieszczane w serwisie YouTube to nie tylko wąsko rozumiane patostreamy. Znakomitym tego przykładem jest chociażby tzw. afera „Elsagate”, która z ogromną siłą wybuchła w mediach na całym świecie w drugiej połowie 2017 roku (choć jej początków bez trudu można doszukać się kilka lat wcześniej). Podobnie jak patostreamy obnażyła ona słabość funkcjonowania YouTube’a jako takiego, uwypuklając jednocześnie brak systemowych rozwiązań w kontrolowaniu dostępu do serwisu przez jego najmłodszych użytkowników. Tzw. afera „Elsagate” związana była bowiem z pozoru niewinnymi filmikami zamieszczanymi na stronie portalu. Na pierwszy rzut oka przypominały one zwyczajne materiały adresowane do najmłodszego odbiorcy, ukazywały ulubionych bohaterów filmowych (stąd właśnie wziął się człon „Elsa”, pojawiający się w nazwie „Elsagate”, będący imieniem jednej z głównych bohaterek popularnej wśród dzieci „Krainy lodu”), sprawiały wrażenie przefiltrowanych i nadających się dla kilkulatków. W rzeczywistości, m.in. pod płaszczykiem dosyć atrakcyjnych animacji, prezentowały one jednak szeroko definiowaną przemoc, pornografię i inne nieprzeznaczone dla młodych oczu treści, podszywając się tym samym pod materiały wideo ulubione przez najmłodszych użytkowników serwisu.

Co ważne, filmiki te bez trudu można było znaleźć również w przestrzeni YouTube Kids, czyli specjalnej aplikacji przygotowanej dla rodziców chcących uchronić swoje dzieci przed materiałami niewłaściwymi dla wieku ich pociech. Na YouTube Kids w założeniu miały bowiem znajdować się starannie wyselekcjonowane filmy, bezpieczne od przemocy i nieodpowiedniego contentu, a zatem, tym samym, niezagrażające chociażby rozwojowi psychicznemu młodych użytkowników. Algorytmy serwisu nie wyłapywały jednak wspomnianych patologicznych treści. W konsekwencji dzieci, trzymając tablet w rękach i wędrując w niekontrolowany sposób od filmiku do filmiku, mogły więc zobaczyć m.in. Spider-Mana uprawiającego seks z Elsą, Hitlera tańczącego z Myszką Mickey, porody, przebijanie dłoni gwoździami, spożywanie alkoholu, picie wody z toalety, aborcję, pissing, fekalia i wiele, wiele innych tego typu, najbardziej rozmaitych materiałów. Co więcej, wszystkie te treści, z racji ich nieustająco rosnącej popularności i zwiększającej się liczby obejrzeń, zaczęły zajmować coraz wyższe miejsca na listach polecanych, co tym bardziej rozszerzyło ich przerażające w gruncie rzeczy pole rażenia. Wprawdzie w rezultacie w kwietniu 2018 roku w aplikacji YouTube Kids został wprowadzony szereg zmian związanych z użytkowaniem serwisu, zakładający większą kontrolę rodziców nad prezentowanymi w nim treściami, niemniej nie ulega wątpliwości, że afera „Elsagate” mimo wszystko pozostanie jednym z bardziej wyrazistych przykładów tego, jak wiele trudnych do przewidzenia (jak również do rozwiązania) zagrożeń może spotkać nie tylko nas, ale także nasze dzieci w przestrzeni internetu.

Jak zatem chronić przed patostreamami? „Wielka w tym rola edukacji. Nie tylko zresztą szkolnej. Bez wątpienia bowiem to my sami, rodzice i opiekunowie, już od najmłodszych lat powinniśmy edukować nasze dzieci w obszarze tzw. digital skills. Najczęściej nie zastanawiamy się jednak nad tym, w jaki sposób trzylatek będzie reagować na reklamy. Nie dyskutujemy wspólnie na temat tego, czym jest „prywatność” w rzeczywistości cyfrowej i jak powinniśmy ją chronić. To ogromny błąd. Warto jednak pamiętać, że nawet jeśli sami nie posiadamy tego rodzaju kompetencji, to mimo wszystko w dalszym ciągu jesteśmy odpowiednimi osobami, by móc radzić sobie z takimi wyzwaniami. Możemy przecież rozmawiać z naszymi dziećmi o ich cyfrowym życiu. Możemy wprowadzać zakazy i ustalać granice, starając się nie pozostawiać ich sam na sam z technologią. Możemy też uczyć właściwych relacji z innymi ludźmi – zauważa Aldona Zdrodowska.

YouTube to niewątpliwie imponujące narzędzie. Serwis ten wpłynął bowiem nie tylko na współczesną komunikację, sposoby spędzania czasu wolnego czy przesunięcie granic prywatności. Przede wszystkim umożliwił on także tworzenie nowych modeli kariery czy form zarobkowania. Tym samym stał się on źródłem wiedzy oraz przestrzenią ekspresji i twórczych działań dla wielu ludzi na całym świecie. Pośród tych ludzi, co oczywiste, znajdują się również dzieci i młodzież, które każdego dnia korzystają z dobrodziejstw tego portalu. Korzystają zresztą na różne możliwe sposoby. Raz będąc biernym odbiorcą przekazywanych treści, raz aktywnym użytkownikiem prezentującym swoje poglądy na świat. Każda z tych perspektyw niesie z sobą jednak tyle samo szans, co zagrożeń. Przestrzeń serwisu YouTube, ale też internetu jako takiego, to bowiem nierozpoznane do końca pole nieustających wyzwań i stałej konieczności podejmowania coraz to kolejnych negocjacji. Jego popularność często usypia czujność, choć bywa też niezwykle pozytywną płaszczyzną rozwoju i jednostkowych zmian. Naszą podstawową rolą jest zatem w sposób jak najbardziej świadomy zdawać sobie sprawę z tej ambiwalencji.

 

258 karol jachymek

O autorze

dr Karol Jachymek – doktor kulturoznawstwa, filmoznawca. Zajmuje się społeczną i kulturową historią kina (zwłaszcza polskiego) i codzienności, metodologią historii, zagadnieniem filmu i innych przekazów (audio)wizualnych jako świadectw historycznych, problematyką ciała, płci i seksualności, wpływem mediów na pamięć indywidualną i zbiorową, społeczno-kulturowymi kontekstami mediów społecznościowych oraz blogo- i vlogosfery, a także wszelkimi przejawami kultury popularnej. Współpracuje m.in. z Filmoteką Szkolną, Nowymi Horyzontami Edukacji Filmowej, Against Gravity, KinoSzkołą i Filmoteką Narodową – Instytutem Audiowizualnym. Prowadzi warsztaty i szkolenia dla młodzieży i dorosłych z zakresu edukacji filmowej, medialnej i (pop)kulturowej oraz myślenia projektowego i tworzenia innowacji społecznych. Autor książki „Film – ciało – historia. Kino polskie lat sześćdziesiątych”.

Przypisy

Imperium Evana jest zresztą znacznie większe. W serwisie YouTube działają bowiem inne (współ)prowadzone przez niego i przez jego rodzinę kanały, m.in. EvanTubeRaw (3,2 miliona subskrybentów), EvanTubeGaming (1,2 miliona subskrybentów) czy, strona jego siostry, JillianTubeHD (1,1 miliona subskrybentów) oraz ojca – DTSings (101 tysięcy subskrybentów).
2 Co ciekawe, w serii „Dla młodych bystrzaków” w 2017 roku wydana również została publikacja zatytułowana „Minecraft. Modyfikacje. Dla młodych bystrzaków” autorstwa Sarah Guthlas. W istocie świadczyć to może o polu zainteresowań współczesnych, młodych użytkowników internetu.
3 „Słuchaj, życzę Ci, żebyś zdechła, bo jesteś szmatą. I życzę Ci, że jak kiedyś będziesz szła po ulicy, żeby ktoś Cię chwycił, jakiś psychopata, i żeby Cię zgwałcił i poderżnął Ci gardło, rozumiesz? Żeby Cię zabił. Spierdalaj!” – jak mówił Gural w jednym ze swoich bardziej głośnych streamów.

W filmie „Z-boczona historia kina”, zrealizowanym przez Sophie Fiennes w 2006 r., słoweński filozof Slavoj Žižek na wybranych przykładach wprowadza w problematykę wzajemnych związków filmu i psychoanalizy. O polskiej obyczajowości i seksualności w polskiej kulturze, zwłaszcza PRL-u opowie kulturoznawca oraz filmoznawca dr Karol Jachymek z Uniwersytetu SWPS.

Wystąpienie nie będzie wprawdzie odwoływać się bezpośrednio do teorii psychoanalitycznych, niemniej jego tematem staną się wszystkie te (pozornie) nieobecne już „duchy” i „demony”, które przez lata, zwłaszcza w okresie PRL-u, wpływały na współczesny kształt obyczajowości Polaków. Dlaczego V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów o Pokój i Przyjaźń, który odbył się w Warszawie w 1955 r., często określany jest mianem „międzynarodowego tarła”? Do czego mógł służyć (w istocie i służył) produkowany w Polsce turystyczny aparat do masażu? Jaką wywrotową siłę niosły za sobą talie kart i ścienne kalendarze? Wreszcie, jakie czynniki przez lata wpływały na podejście Polaków do sfery seksu i seksualności?

 

258 karol jachymek

O autorze

dr Karol Jachymek – doktor kulturoznawstwa, filmoznawca. Zajmuje się społeczną i kulturową historią kina (zwłaszcza polskiego) i codzienności, metodologią historii, zagadnieniem filmu i innych przekazów (audio)wizualnych jako świadectw historycznych, problematyką ciała, płci i seksualności, wpływem mediów na pamięć indywidualną i zbiorową, społeczno-kulturowymi kontekstami mediów społecznościowych oraz blogo- i vlogosfery, a także wszelkimi przejawami kultury popularnej. Współpracuje m.in. z Filmoteką Szkolną, Nowymi Horyzontami Edukacji Filmowej, Against Gravity, KinoSzkołą i Filmoteką Narodową – Instytutem Audiowizualnym. Prowadzi warsztaty i szkolenia dla młodzieży i dorosłych z zakresu edukacji filmowej, medialnej i (pop)kulturowej oraz myślenia projektowego i tworzenia innowacji społecznych. Autor książki „Film – ciało – historia. Kino polskie lat sześćdziesiątych”.

 

kanały

zobacz też

strefa psyche strefa designu strefa zarzadzania strefa prawa logo
Zapraszamy na webinar „M jak miłość” czy „Klan”? Fenomen polskich tasiemców”