Kiedy w związku mija pierwszy etap – zakochania i idealizacji, czas pożegnać się z motylami w brzuchu, a przywitać z twardą rzeczywistością. Nie wszystkie związki wytrzymują tę próbę, w wielu pojawia się poczucie osamotnienia. Skąd samotność w relacji dwojga ludzi? – Poczucie osamotnienia nie tyle jest wytwarzane w związku, co ujawnia się dzięki związkowi. Samotnie będą czuć się osoby, które obawiają się bliskości i zależności emocjonalnej – mówi dr Bartosz Zalewski, psycholog klinicysta, wykładowca Uniwersytetu SWPS.

Ewa Pluta: Samotność nie spada na związek jak grom z jasnego nieba. Co poprzedza ten trudny stan?

dr Bartosz Zalewski: Nie ma szczególnych sygnałów czy stanów poprzedzających poczucie osamotnienia. Z czasem mija jednak faza idealizacji i zakochania. Na początku partnerzy doświadczają związku selektywnie, wybierając z niego głównie to, co dobre. Jednocześnie poczucie osamotnienia jeszcze się nie ujawniło lub jest ignorowane.

Poczucie osamotnienia nie tyle jest wytwarzane w związku, co ujawnia się dzięki związkowi. Samotnie będą czuć się osoby, które obawiają się bliskości i zależności emocjonalnej. Współzależność emocjonalna jest dla nich zbyt trudna, zagrażająca, czasem wręcz niemożliwa. Często wynika to z doświadczeń w bliskiej relacji w dzieciństwie: należało wtedy zniknąć, zrezygnować ze swoich potrzeb, to inni byli zawsze ważniejsi. Bliskość była nie do wytrzymania. W dorosłym życiu odzywa się silna potrzeba, by chronić swoją integralność i odrębność, ale skutkiem może być poczucie osamotnienia.

Liczne badania pokazują, że nowy związek rozpoczynamy z nadzieją, że tym razem będzie inaczej, choć zwykle jest podobnie. Często nieświadomie podejmujemy takie działanie, by powtórzyć znany sobie schemat. Mało tego, mamy poczucie, że tym razem inaczej wchodzimy w związek, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty, ale po czasie sytuacja się powtarza.

Wtedy pada nieśmiertelne pytanie: „Co znowu poszło nie tak?”.

Do nauki potrzebne są elastyczność poznawcza i otwartość na nowości, a im sprzyjają bardziej emocje pozytywne niż negatywne. Rozpadowi związku towarzyszą często te drugie: złość, smutek, gniew, rozpacz, lęk, uniemożliwiające skuteczne uczenie się.

Często nie jesteśmy w stanie sami sobie pomóc. Jeśli mamy zakodowane pierwotne matryce emocjonalne mówiące, na czym polega bliskość, to szukamy doświadczeń potwierdzających tę „wewnętrzną rzeczywistość”. Proszę sobie wyobrazić kraj, w którym panuje niewolnictwo i nie ma szans na jego zniesienie. Jeden z mieszkańców próbuje mimo wszystko zawalczyć o wolność. Moim zdaniem ma on niewielkie szanse powodzenia. Choć znamy bohaterów dokonujących heroicznych czynów i zmieniających bieg historii, ale nie każdy ma moc, by zrobić od ręki we własnym życiu.

„Pierwotna matryca emocjonalna” da o sobie znać?

Podam przykład z ostatniej sesji terapeutycznej. Para rozmawia o planach na wakacje. W pewnym momencie partnerka zaczyna się skarżyć, że on nigdy nie bierze jej zdania pod uwagę, tylko żąda, by mu się podporządkowała. Tymczasem partner zaproponował jej wspólną rozmowę o wakacjach, ale ona była zbyt wzburzona emocjonalnie, by przyjąć jego słowa. Zgodnie z psychologią bliskich związków oraz psychologią emocji i motywacji rzeczywistym powodem jej reakcji było silne przekonanie, że partner ją odrzuca. Podkreślę: źródło przekonania, że partner zawsze ją odrzuca tkwiło w niej, nie w związku czy w drugiej osobie. Ona wtórnie dobrała sobie partnera, który wpasuje się w jej wewnętrzny schemat odrzucenia.

Samotnie będą czuć się osoby, które obawiają się bliskości i zależności emocjonalnej. Współzależność emocjonalna jest dla nich zbyt trudna, zagrażająca, czasem wręcz niemożliwa. Często wynika to z doświadczeń w bliskiej relacji w dzieciństwie: należało wtedy zniknąć, zrezygnować ze swoich potrzeb, to inni byli zawsze ważniejsi.

 

Może tu nie chodzi o lęk przed bliskością i zależnością od drugiej osoby, ale o to, że partner/partnerka rzeczywiście ignoruje moje potrzeby, a ja o tym nie mówię, bo generalnie mam trudności z komunikacją?

Dobrze, przyjmijmy więc, że jesteśmy w związku, w którym partner ignoruje nasze potrzeby. Załóżmy, że tak musi być, bo on/ona robi to na nasze zlecenie. Inaczej umarlibyśmy z przerażenia, że można z kimś dzielić bliskość i że druga osoba odpowiada na nasze potrzeby, a nie tylko zaspokaja własne.

Znowu podkreślę: dziecięce doświadczenie bliskości mocno wpływa na funkcjonowanie w relacji w dorosłym życiu. Wyobraźmy sobie osobę, która na wczesnym etapie życia nie tylko nie dostała opieki, zrozumienia, wsparcia, ale musiała je zapewniać swoim rodzicom. W uproszczeniu można przyjąć, że jako dorosła osoba będzie realizować jeden z dwóch scenariuszy. W pierwszym jest dawcą – dla partnera zrobi wszystko, nawet kosztem swojego dobrostanu. Ten scenariusz można jednak zmodyfikować. Partner zaspokaja jej potrzeby, ale ona nadal czuje niedosyt i domaga się więcej: czułości, opieki, uważności. Może nawet nie zauważać, że to wszystko już dostała, ponieważ nie potrafi rozpoznać stanu, w którym jej potrzeby są zaspokojone.

W drugim scenariuszu ta osoba postawi na samodzielność i niezależność z obawy, że znowu zniknie, że będzie musiała zrezygnować ze swojego życia towarzyskiego czy zawodowego. Wybierze więc sobie partnera wyćwiczonego w ignorowaniu potrzeb, tak żeby przypadkiem niczego nie dostać. Jak widać, poczucie osamotnienia nie będzie tutaj wynikać z problemów z komunikacją. One są jedynie zewnętrznym symptomem. Na głębszym poziomie jest nieumiejętność bycia zależnym/zależną od drugiej osoby.

A jeśli poczucie osamotnienia przynosi jakieś korzyści?

Zależność emocjonalna wiąże się z niepewnością. Nie wiadomo, czy partner nas nie zrani. Lepiej więc zachować dystans. Temu mają służyć powtarzane przez lata przekonania: „jestem samodzielna”, „nie będę się czuł zależny”, „mogę liczyć tylko na siebie”. One dają iluzoryczne poczucie emocjonalnego bezpieczeństwa.

Czasami lęk przed bliskością wynika z przekonań o tym, jak działa świat: „przetrwają tylko samodzielni i mocni”, „świat jest okrutny, należy być twardym”, „na pewno wszyscy chcą mnie wykorzystać”. Albo inne dysfunkcyjne przekonanie, tym razem o relacjach: „w związku należy być zawsze szczerym”. Szczerość w związku wydaje mi się trudna do realizacji, biorąc pod uwagę, jak często kłamiemy na co dzień, nawet o tym nie wiedząc. Kolejne: „związek ma być odpoczynkiem po pracy”. To jest fantazja o tym, że przychodzę do domu i teraz wszyscy mają mnie obsługiwać. Co prawda mężczyznom przez stulecia udawało się skutecznie wcielać tę fantazję w życie, ale wydaje się, że nadchodzi jej koniec.

To są wewnętrzne, trudne do zweryfikowania prawdy o świecie. Podczas terapii można się jednak przyjrzeć, jaki jest mechanizm powstawania tych przekonań i czemu mają one służyć. Pary sprawdzają też, jak wiele są w stanie zmienić. Zmniejszając poczucie osamotnienia, zwiększamy poczucie zależności emocjonalnej. Pracujemy tak, by każda z osób mogła czuć swobodę i komfort w byciu zależnym.

Zależność emocjonalna wiąże się z niepewnością. Nie wiadomo, czy partner nas nie zrani. Lepiej więc zachować dystans. Temu mają służyć powtarzane przez lata przekonania: „jestem samodzielna”, „nie będę się czuł zależny”, „mogę liczyć tylko na siebie”. One dają iluzoryczne poczucie emocjonalnego bezpieczeństwa.

 


Istnieje ryzyko, że związek po takiej terapii się rozpadnie?

To się rzadziej dzieje na terapii par, ale po terapii indywidualnej może się pojawić decyzja o zakończeniu związku. Wyobraźmy to sobie: zmieniam się, już umiem żyć w bliskości, nie przeraża mnie zależność emocjonalna. U mojej partnerki bez zmian – nadal mnie osamotnia, co było mi potrzebne, ale na wcześniejszych etapach życia, teraz jest problemem. Można odwrócić tę sytuację: moja partnerka idzie na terapię, zaczyna zwracać uwagę na moje potrzeby, uczucia, pragnienia. Czuję przerażenie. To wystawia mnie na sytuację, której unikałem, osamotniając się. Nagle odkrywam, że jestem zależny i potrzebujący. Nie wszystkie związki wytrzymają tę próbę.

Zawsze można spróbować zmieniać świat zamiast siebie.

Wskaźnikiem znacznej części zaburzeń psychicznych jest usiłowanie zmiany świata zamiast siebie. Nieustannie przekonuję, że partnera lepiej zostawić w spokoju, a zająć się sobą. Wojciech Eichelberger napisał książkę o bardzo trafnym tytule: „Pomóż sobie, daj światu odetchnąć”. Zwykle po terapii stajemy się dużo lepszymi osobami dla naszych partnerów/partnerek. Poza tym nie sądzę, że w przypadku wieloletniego, nawracającego poczucia osamotnienia można wyleczyć samego siebie. Samotność to choroba, a chorobę leczy lekarz.

W związkach zdarzają się chwile osamotnienia. Może warto się z tym pogodzić?

Coraz silniejsza jest jednak potrzeba idealnych związków, wręcz super-związków. W literaturze można znaleźć opis związków egalitarnych, charakterystycznych zwłaszcza dla lepiej sytuowanej klasy średniej, w których dla partnerów ważna jest wysoka jakość życia we wszystkich obszarach. Dążenie do ideału ma jednak skutki uboczne. Na przykład zmęczenie. Ono najszybciej uwidacznia się w życiu seksualnym, które z czasem wysiada.

Chwile osamotnienia w związku są normalne. Można je porównać do jesiennej chandry – pojawia się raz na jakiś czas, trwa raczej krótko i nie trzeba podejmować specjalnych działań, by minęła. Ale nie można mylić jesiennej chandry z depresją. Depresja jest chorobą i należy ją leczyć. Podobnie poczucie osamotnienia, które wskazuje na głębokie cierpienie. Gdy je zostawić samemu sobie, nie wiadomo, w jakim kierunku się rozwinie.

258 loewe

dr Bartosz Zalewski – psychoterapeuta par i rodzin, pracuje w podejściu systemowym w Zespole Terapii Rodzin Ośrodka Kontrakt w Warszawie. Na Uniwersytecie SWPS specjalizuje się w badaniu oraz uczeniu diagnozy klinicznej za pomocą wywiadów psychologicznych. Współautor „Standardów prowadzenia procesu diagnostycznego” Sekcji Naukowej Diagnozy Psychologicznej Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Aktualnie przygotowuje wraz z Hanną Pinkowską-Zielińską podręcznik „Diagnoza w psychoterapii par” (PWN).

Zobacz także

Group 426 Group 430 strefa zarzadznia logo 05 logo white kopia

 
Zapraszamy na webinar „Sztuczna inteligencja i psychologia – co je łączy?”